Słodko-gorzkie małżeństwo
Gdy mówimy o naturalnym planowaniu rodziny, łatwo podkreślać wartość wyrzeczenia i zaufania Bogu. Znacznie trudniej wsłuchać się w historie małżonków, którzy mimo szczerych starań zmagają się z narastającym zmęczeniem, lękiem i poczuciem oddalenia. Jeśli Kościół chce wiarygodnie towarzyszyć rodzinom, nie może przemilczać goryczy wpisanej w tę drogę. Pytanie nie brzmi tylko, jakie zasady obowiązują, ale także: jak żyją ludzie, którzy próbują według nich żyć każdego dnia?
Ósmego października oglądałem transmisję ze Sztokholmu z napięciem, jakiego się po sobie nie spodziewałem. Literackiego Nobla otrzymała Anne Carson. Od pewnego czasu próbuję robić w swojej biblioteczce miejsce dla noblistów, ale zanim zdążyłem przesunąć trochę pieniędzy w domowym budżecie, książki Carson zniknęły ze sklepu. Pozostało czekać na dodruk albo zapłacić na aukcji sumę, która wymagałaby już poważniejszych wyrzeczeń.
Wśród książek Kanadyjki szczególnie zainteresował mnie Słodko-gorzki eros, esej wyrosły z doktoratu o jeszcze bardziej intrygującym tytule: Odi et amo ergo sum -„Nienawidzę i kocham, więc jestem”. Przywołując Safonę, pisze o miłosnym pragnieniu, w którym rozkosz splata się z bólem. Już sam tytuł zatrzymuje przy doświadczeniu, które trudno zamknąć w pogodnej opowieści o miłości.
Nie trzeba jednak sięgać do starożytnej Grecji, żeby przekonać się, że miłość potrafi przynosić jedno i drugie. Wyrzeczenie może być wyrazem troski o drugiego człowieka, a trudny wybór, wyborem słusznym. Sam ból niczego tu jeszcze nie rozstrzyga. Ale co wtedy, gdy wyrzeczenia podejmowane w imię dobra z czasem prowadzą do osamotnienia, wzajemnego żalu i zaniku bliskości? Takie pytanie zasługuje na więcej niż przypomnienie, że miłość musi kosztować.
Rozmawiałem ostatnio z rówieśniczką przygotowującą się do ślubu. Zeszło na nauki przedmałżeńskie. Z rozbawieniem mówiła, że będzie musiała chodzić do poradni i mierzyć sobie temperaturę. Chodziło o naukę naturalnych metod planowania rodziny. W jej opowieści brzmiało to jak jeszcze jeden obowiązek do odhaczenia przed ślubem.
Mnie jednak interesuje to, co dzieje się później, kiedy zaświadczenie jest już oddane, ślub za nami, a zalecenia z poradni trzeba pogodzić z codziennością. Zwłaszcza wtedy, gdy oboje traktują je poważnie. Chcą dochować wierności nauczaniu Kościoła, a zarazem pragną siebie nawzajem, obawiają się kolejnej ciąży, bywają zmęczeni. Co się dzieje, kiedy mimo szczerych starań coraz trudniej im to wszystko pogodzić?
Znam małżonków, którzy wybierają naturalne metody planowania rodziny i są z tego wyboru zadowoleni. Nie mam powodu podważać ich doświadczenia. Wśród moich znajomych jest ich jednak niewielu. Ich historie nie wystarczą, żeby opowiedzieć o wszystkich pozostałych.
Z innymi rozmawiam, czytam też świadectwa i reportaże. Powraca w nich doświadczenie: można szczerze chcieć żyć zgodnie z nauczaniem Kościoła i odczuwać bolesne konsekwencje tego wyboru. Można mieć spokojne sumienie i coraz mniej spokoju we własnym małżeństwie. Właśnie dlatego irytują mnie zapewnienia, że wystarczy zaufać, a wszystko ułoży się pięknie. Na katolickich spotkaniach poświęconych rodzinie nie słyszałem dotąd równie otwartej rozmowy o tym, jak może wyglądać zwyczajny wieczór małżonków odkładających poczęcie. Dzieci wreszcie zasnęły. Oboje są w domu, mają chwilę dla siebie i ochotę. Z obserwacji cyklu wynika jednak, że powinni jeszcze poczekać. Kiedy nadchodzą dni uznane za niepłodne, jedno pracuje do późna, drugie pada ze zmęczenia, a dziecko gorączkuje. Możliwość współżycia nie oznacza przecież gotowości do niego. Odnoszę wrażenie, że pragnienie traktuje się jak coś, co da się odłożyć do szuflady i wyjąć w dogodnym terminie.
W każdym małżeństwie zdarzają się rozminięcia. Trudność zaczyna się wtedy, gdy podobny układ powtarza się miesiącami, a do codziennego zmęczenia dochodzą niepewność obserwacji i lęk przed ciążą. Jeszcze jeden dzień czekania, potem następny.
Jeszcze trudniejsze pytania pojawiają się wtedy, gdy małżonkowie mają poważne powody, by obawiać się kolejnej ciąży. Co z parą, która usłyszała od lekarza, że wiązałaby się ona z dużym zagrożeniem dla zdrowia? Co z ludźmi po stracie ciąży, którzy pragną bliskości, ale nie są gotowi ponownie mierzyć się z lękiem? Samo zalecenie dalszej obserwacji cyklu nie odpowiada na wszystko, z czym zostają.
Łatwo powiedzieć, że miłość wymaga wyrzeczeń. Trudniej odpowiedzieć, co robić, kiedy oboje je podejmują, a mimo to narasta między nimi żal. Jedno coraz dotkliwiej odczuwa brak seksu, drugie boi się, że każdy czuły gest zostanie odczytany jako obietnica. Oboje mogą mieć dobre intencje, ale i oboje mogą czuć się odrzuceni. Nie wystarczy wtedy powtórzyć im zasady, którą już znają i której właśnie próbują dochować. W końcu nie po to zawierali małżeństwo, żeby perspektywa długotrwałej wstrzemięźliwości stała się ich głównym problemem. Czekali do ślubu, później czekają na odpowiednie dni, a gdy te nadchodzą – na siły, lepsze samopoczucie, spokojniejszy wieczór. W którymś momencie pytanie „czy taki ma być plan Pana Boga?” staje się pytaniem ludzi, którzy chcą być sobie bliscy i nie wiedzą już, jak pogodzić wszystkie stawiane im wymagania.
Jeśli przygotowujemy ludzi do takiego życia, powinniśmy umieć uczciwie nazwać również jego trudności. Część małżonków ostatecznie wybierze antykoncepcję. Jeśli usłyszą wtedy, że nie są otwarci na życie, czy ktoś zapyta również, jak wygląda życie, za które już odpowiadają? Ile mają sił, w jakim są zdrowiu, co dzieje się między nimi i czego potrzebują ich dzieci?
Dziecko potrzebuje przecież opieki także wtedy, gdy skończą się gratulacje z okazji narodzin. Potrzebuje czasu, cierpliwości, leczenia, poczucia bezpieczeństwa. Rodziców, którzy mają jeszcze siłę wysłuchać, przytulić i zauważyć, że coś jest nie tak. Można bardzo kochać swoje dzieci i obawiać się, że przy kolejnym zabraknie już sił na zapewnienie wszystkim należytej opieki. Takiej obawy nie wolno z góry uznawać za wygodnictwo. Trzeba przynajmniej dopuścić myśl, że przemawia przez nią odpowiedzialność.
Dlatego drażnią mnie te wypowiedzi obrońców życia, w których tak wiele uwagi poświęca się zakazom, a tak niewiele warunkom, w jakich rodziny mają wychowywać dzieci. Chciałbym słyszeć równie stanowcze upominanie się o pomoc dla przemęczonych rodziców, dostępne leczenie i wsparcie w opiece. Otwartość na życie zobowiązuje również tych, którzy do niej nawołują. Nie powinna kończyć się na oczekiwaniu, że cały ciężar poniosą małżonkowie.
Eros w wydaniu katolickim jest więc słodko-gorzki. Nie chcę nikogo zniechęcać, ale trudno mi uznać za dobrą obronę chrześcijaństwa opowieść, w której gorycz zostaje przemilczana. Kto usłyszał wyłącznie obietnicę harmonii, może później uznać, że za mało wierzył, za słabo kochał, niewystarczająco się starał. Może też poczuć się oszukany. A raz utracone zaufanie trudno odbudować. W rozmowie o moralności małżeńskiej trzeba umieć powiedzieć więcej niż to, co jest dozwolone, a co zabronione. Trzeba jeszcze zapytać, jak ci ludzie żyją. W rozmowie o moralności małżeńskiej trzeba umieć powiedzieć więcej niż to, co jest dozwolone, a co zabronione. Trzeba również potraktować poważnie życie ludzi, których te zasady dotyczą. Samo cierpienie nie przesądza, że norma jest błędna. Powołanie się na normę nie sprawia jednak, że cierpienie przestaje wymagać odpowiedzi.
Małżeńskie współżycie ma również znaczenie dla więzi między dwojgiem ludzi. Daje im możliwość wyrażenia czułości, pragnienia i wzajemnego oddania. Kiedy małżonkowie mówią, że brak współżycia ich od siebie oddala, zasługują na uważne wysłuchanie. Ich małżeństwo także jest dobrem, za które ponoszą odpowiedzialność.
Chciałbym, żeby na naukach przedmałżeńskich obok kalendarza i termometru znalazło się miejsce, żeby zapytać, co zrobicie, jeśli będzie wam trudno? I żeby odpowiedź była czymś więcej niż zachętą do „niesienia własnego krzyża”.
