Czy Kościół nadal "tonie"?
Czy Kościół faktycznie tonie? Patrząc na puste ławki i statystyki, łatwo uwierzyć w dramatyczne słowa kardynała Ratzingera o „łodzi, która z każdej strony nabiera wody”. Ale co, jeśli to, co bierzemy za koniec, jest w rzeczywistości nowym początkiem? Podczas gdy stare metody zawodzą, Chrystus schodzi z bezpiecznego pokładu prosto na „Tuwimowskie bruki”, by szukać nowej załogi w miejscach, które my dawno spisaliśmy na straty. Jak to możliwe, że w najbardziej zlaicyzowanych zakątkach Europy młodzi ludzie nagle odnajdują drogę do Boga? Odpowiedź kryje się w tajemnicy powrotu do Domu, o której świat woli milczeć.
Prorok realizmu
Wielki Piątek 2005 rok. W rzymskim Koloseum wybrzmiewają słowa, które na zawsze miały zmienić sposób, w jaki patrzymy na kryzysy wiary. Kardynał Joseph Ratzinger – jeden z najwybitniejszych teologów naszych czasów, a wkrótce potem papież Benedykt XVI – przygotował medytacje Drogi Krzyżowej, które uderzyły z brutalną szczerością. To właśnie wtedy, przed całym światem, padły te wstrząsające słowa o „brudzie na szatach Kościoła” i o łodzi, która „jest w niebezpieczeństwie, tonie, nabiera wody z każdej strony”.
„Panie, tak często Twój Kościół przypomina tonącą łódź. Łódź, która nabiera wody ze wszystkich stron. Także na Twoim polu widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud na szacie i obliczu Twego Kościoła. Przeraża nas brud na szacie i obliczu Twego Kościoła. Ale to my sami je zbrukaliśmy! To my zdradzamy Cię za każdym razem, po wszystkich wielkich słowach i szumnych gestach.(…)”
Fragment modlitwy kard. J. Ratzingera. Wielki Piątek, 2005.
Dla wielu wiernych brzmiało to wówczas jak mroczna, pesymistyczna wizja kogoś, kto stracił nadzieję. Jednak patrząc na dzisiejszą rzeczywistość, musimy przyznać, że Ratzinger nie był pesymistą. Był prorokiem realizmu, który widział to, czego my – uśpieni dawną potęgą – nie chcieliśmy dostrzec.
Dziś ten „upadek” staje się naszą codziennością, a pęknięcia na pokładzie widać najwyraźniej w krajach, które jeszcze niedawno uchodziły za bastiony chrześcijaństwa. Polska, ze swoją historią i dumą, przestała być zieloną wyspą na mapie laicyzacji. Statystyki, które co roku publikuje ISKK, nie są już tylko suchymi liczbami – to krzyk rzeczywistości. Widzimy go w pustoszejących ławkach podczas niedzielnych Mszy Świętych, w wymownej ciszy korytarzy seminariów duchownych, które kiedyś tętniły życiem, czy w rosnącej liczbie młodych ludzi, dla których Kościół stał się instytucją odległą i niezrozumiałą.
Łódź nabiera wody, a dawne metody wiosłowania zdają się nie przynosić efektu. Ale czy to oznacza, że rejs dobiega końca? A może to właśnie ten moment, w którym – zgodnie z logiką Ewangelii – gdy ludzkie siły zawodzą, do steru musi podejść sam Założyciel? On nie zostawia swojej załogi w rozpaczy. On po prostu zmienia strategię.
„Ja jestem z Wami…”
Kiedy łódź nabiera wody, a dotychczasowe metody docierania do ludzi zdają się wyczerpywać, sam Założyciel Kościoła podejmuje radykalny krok. Nie czeka w bezpiecznych murach katedr, aż świat do Niego wróci – On sam wychodzi mu naprzeciw. Ten moment genialnie uchwycił Julian Tuwim w swoim wstrząsającym wierszu „Chrystus miasta”. Poeta, choć sam nie był katolikiem i jako człowiek żydowskiego pochodzenia stał na religijnym progu, dostrzegł w Jezusie coś, co nam często umyka: nieprawdopodobną bliskość z tym, co odrzucone.
Tańczyli na moście,
Tańczyli noc całą. (…)Tańczyli swój taniec dziki:
Dalej, Dalej!
Żarli. Pili. Tańczyli. (…)A był jeden obcy,
Był jeden nieznany,
Patrzyli nań spode łba,
Ramionami wzruszali,
Spluwali.Wzięli go na stronę:
Mówili, mówili, pytali.
Milczał.Coś za jeden?
Milczał. (…)Podeszła Magdalena:
Poznała, powiedziała…
Płakał…Ucichło. Coś szeptali.
Fragment wiersza „Chrystus miasta” J. Tuwim
Na ziemię padli. Płakali.
U Tuwima Chrystus nie idzie w uroczystej procesji. On staje boso na brudnym chodniku, w samym środku miejskiego zgiełku, obok ludzi, o których świat zapomniał. To właśnie tam spotyka Magdalenę. To ona – osoba pogubiona i skreślona przez innych – jako pierwsza rozpoznaje w Nim swojego Pana. To nie jest obraz buntu przeciwko Kościołowi, ale dowód najwyższej pomocy dla Niego. Założyciel schodzi tam, gdzie Jego uczniowie – zmęczeni walką o przetrwanie instytucji – nie mają już sił dotrzeć. Idzie tam, bo wie, że to właśnie w tym „brudzie”, o którym pisał Ratzinger, czekają ci, którzy najbardziej potrzebują Domu.
Bóg znów wybiera to, co słabe i niepozorne, by pokazać swoją moc. Jezus nie krytykuje „załogi” swojej łodzi za to, że fale są zbyt wysokie. On po prostu wchodzi w sam środek burzy, by samemu odnaleźć młodych ludzi. Tuwim opisał proces, który dziś dzieje się na naszych oczach: ludzie z marginesu nagle Go poznają, mówią o Nim innym i płaczą ze wzruszenia. Założyciel – Chrystus idzie do młodych, by przyprowadzić ich z powrotem do Domu, przypominając swoim uczniom obietnicę, która daje siłę w każdym kryzysie: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.
Tajemnica przemian
Francja przez wieki była nazywana „najstarszą córką Kościoła”, ale w ostatnich latach wydawało się, że ta kolebka chrześcijaństwa ostatecznie zatonęła pod falami laicyzacji. Kościoły zamieniano w muzea, a religię uznano za przeżytek, który nie ma już miejsca w nowoczesnym świecie. Jednak to właśnie tam dzieje się dziś coś, co zdumiewa socjologów i daje nadzieję wierzącym. Z tej „zatopionej” wiary na powierzchnię wypływa zupełnie nowe, młode pokolenie. W krajach takich jak Francja czy Belgia, gdzie wielu skreśliło chrześcijaństwo, twierdząc, że „Boga tam nie ma”, notuje się dziś rekordowe wzrosty chrztów dorosłych i młodych.
To bolesny, ale dający do myślenia paradoks: tam, gdzie wiara wydawała się martwa, odradza się Kościół silniejszy, bo zahartowany przez trudne doświadczenia. Tymczasem w miejscach takich jak Polska, gdzie jeszcze niedawno tętniło życie katolickie, łódź nagle zaczęła nabierać wody i pustoszeć. Chrystus jednak, działając wspólnie ze swoimi sługami, nie przygląda się temu obojętnie. On wyciąga tych młodych ludzi prosto z „Tuwimowskich ulic” i „Ratzingerowskiego brudu”. Ratując ich z grzesznego świata, który obiecywał wolność, a zostawił ich z pustką i poczuciem zagubienia.
Dlaczego młodzi Francuzi, którzy często nie wynieśli wiary z domu, nagle idą do Chrystusa? To wielka tajemnica powrotu do Domu młodzieży, która kiedyś z niego uciekła lub została z niego wyprowadzona. Oni nie szukają skostniałej tradycji, ale żywej Osoby. Spotykają Chrystusa na bruku swojego życia i odkrywają, że tylko On ich nie oszukuje i kocha bezwarunkowo. Ich powrót pokazuje, że nawet gdy łódź wydaje się całkiem pod wodą, Bóg potrafi ją znów wynieść na powierzchnię, czyniąc ją młodą tam, gdzie po ludzku nie było już na to szans.
Chrystus czuwa
W obliczu tych trudnych zmian nie należy jednak ulegać pokusie łatwej krytyki Kościoła za rzekomy brak reakcji. Musimy zrozumieć, że żyjemy w czasach, w których nawet najlepsze i najnowocześniejsze metody ewangelizacji czy katechizacji po prostu zawodzą. To nie jest kwestia braku chęci czy starania – po prostu świat zmienił się tak bardzo, że ludzkie narzędzia przestały wystarczać. Warto jednak spojrzeć głębiej: Chrystus nie stoi obok swojej Instytucji, On jest w samym jej środku.
Jezus jest obecny wśród katechetów, wychowawców, księży, a przede wszystkim hierachów Kościoła. On nie zostawił ich samych na tonącej łodzi, by własnymi siłami wylewali wodę. Przeciwnie – Chrystus jest z nimi i realnie pomaga swojemu Kościołowi. To On wspiera biskupów w trudnych decyzjach i daje siłę zmęczonym kapłanom, by mimo pustych ławek, każdego dnia wychodzili do ołtarza. Założyciel Kościoła nie tworzy „nowej załogi” zamiast obecnej, ale działa ręka w rękę ze swoimi sługami. To wspólna praca: podczas gdy duchowni trzymają stery w tym trudnym czasie, Chrystus wychodzi na miasta przepełnione grzechem, by przyprowadzić im wsparcie w postaci młodych neofitów.
Dlatego ten proces odnowy, który widzimy na Zachodzie, nie jest dowodem na porażkę Instytucji Kościoła, ale na jej niezwykłą siłę płynącą z obecności Boga. Chrystus pomaga swojemu Kościołowi przetrwać sztorm, pokazując, że to On jest ostatecznym gwarantem bezpieczeństwa tej łodzi. Dzięki tej jedności Boga z ludźmi Kościoła, nawet najtrudniejszy kryzys staje się tylko przystanią w trudnych czasach.
Wszędzie dobrze, ale…
Patrząc na tysiące młodych ludzi, którzy w zlaicyzowanej Europie odnajdują dziś drogę do chrzcielnic, widać dokładnie ten sam schemat, który Tuwim opisał na moście wśród ludzi z marginesu. To proces, którego nie da się zaplanować w biurach, bo zarządza nim sam Założyciel Kościoła – Jezus Chrystus. Najpierw Go poznali – nie jako sztywną ideologię czy zbiór zakazów, ale jako kogoś niesamowicie bliskiego, kto nie boi się brudu ich życia. Potem o tym powiedzieli – ze zdziwieniem i odwagą, której nam często brakuje. A na końcu, w ciszy konfesjonałów i pośród murów pustych kościołów, po prostu zapłakali. Bo w tym jednym momencie, bez zbędnych słów, zrozumieli najważniejszą prawdę: że po latach tułaczki wreszcie są u siebie. Dlatego, że wszędzie dobrze, ale w Domu najlepiej.
Na ziemię padli. Płakali.