„Żywy czy martwy: Film z serii ’Na Noże’”. Co poszło nie tak?
W najnowszym filmie z serii „Na Noże” akcja toczy się w katolickiej parafii. Na ile wiernie twórcy przedstawili elementy katolickiej wiary?
Ostatnio oglądałam film, który po polsku nosi tytuł „Żywy czy martwy: Film z serii ‘Na Noże’” (tak, to jest oficjalny tytuł, i, tak, chciałabym przeprowadzić poważną rozmowę z osobą, która to zaaprobowała). Tym razem detektyw Benoit Blanc rozwiązuje sprawę morderstwa. Miało ono miejsce w katolickiej parafii i pewnie już widzicie, drodzy czytelnicy, dokąd to wszystko zmierza. Rzadko kiedy się zdarza, żeby przemysł filmowy dobrze sobie poradził z przedstawieniem wiary katolickiej. I nie chodzi nawet o to, że maluje on członków Kościoła, a zwłaszcza księży w negatywnym świetle. Problem tkwi w tym, że doktryna Kościoła i liturgia są pokazywane w nieprawidłowy sposób. Tak więc do wszelkiego rodzaju produkcji, których fabuła ma jakiś związanek z katolicyzmem, podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu. „Żywy czy martwy: Film z serii ‘Na Noże’” nie był od tego wyjątkiem.
Widziałam opinie, że akcja tego filmu powinna raczej dziać się w kościele protestanckim i się z tym zgadzam. Niektóre elementy duchowe i kulturowe są na wskroś protestanckie i, w kontekście katolicyzmu, wypadają bardzo nienaturalnie. W pełni rozumiem jednak zalety osadzenia akcji w parafii katolickiej (nie podam ich tutaj jednak, gdyż są one dość nieekumeniczne).
Jednym z bohaterów jest proboszcz, wokół którego rozwinął się niejako kult jednostki. Ma on niewielkie grono zagorzałych fanów. Jego dziadek (sic!) też był księdzem i to on założył tę parafię. Element z dziadkiem-księdzem twórcom udało się uratować, bo wyjaśnili, że dziadek był wdowcem, kiedy wstąpił do seminarium. Ale w jaki sposób mógł „założyć” parafię? W Kościele Katolickim to nie działa tak jak w protestantyzmie – ksiądz nie może sobie tak po prostu sam z siebie założyć parafii. Już nie mówiąc o tym, że w filmie słowa „parafia” i „kościół” są stosowane zamiennie, co pokazuje, że scenarzyści może nie do końca rozumieją struktury Kościoła Katolickiego.
Twórcy filmu mają też ciekawe podejście do sakramentu spowiedzi, który na ekranie pojawia się parokrotnie. Widzimy kilka razy, jak wikariusz spowiada się u proboszcza i vice versa. Spowiedzi te mają charakter bardzo nieformalny, bo odbywają się nie w konfesjonale, a na terenie przykościelnym. Może to jest powodem, dla którego ich formuła jest… trochę inna. Zaraz bowiem po wyznaniu grzechów przez penitenta, spowiednik zadaje pokutę i tyle. Jedyny raz, kiedy widzimy jak ksiądz udziela rozgrzeszenia podczas spowiedzi, jest na końcu filmu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że… podczas tej spowiedzi są obecne inne osoby poza penitentką i spowiednikiem. Tak więc niestety film ani razu nie pokazał prawidłowo tego sakramentu.
Kluczowa część akcji rozgrywa się w Wielkim Tygodniu. W pewnym momencie jeden z bohaterów mówi, że coś wydarzyło się po mszy krzyżma w Wielki Poniedziałek. Oczywiście od razu pomyślałam sobie, że jest to błąd scenarzystów, bo msza krzyżma jest przecież w Wielki Czwartek. Jednak zrobiłam krótki research i okazało się, że msze krzyżma są w niektórych diecezjach w inne dni Wielkiego Tygodnia ze względów organizacyjnych. Człowiek uczy się przez całe życie.
Były też momenty, które mnie pozytywnie zaskoczyły. Jak wtedy, kiedy był pokazywany fragment liturgii Wielkiego Piątku. Ksiądz wystawił krzyż do adoracji i zaintonował „Oto drzewo krzyża”. Bardzo dobrze! Jednak po chwili zorientowałam się, że jest to pusty krzyż, bez figury Jezusa, i nie jest zakryty fioletowym welonem. Bardzo źle! To od razu obudziło moją czujność. Ołtarz w tym kościele był przystosowany do celebrowania mszy versus Deum i stał pod samym tabernakulum, więc widać go gdzieś w tle. Jednak baczniej się przyjrzałam i tak! Na ołtarzu leżał obrus! W Wielki Piątek! I tak żeby jeszcze dolać do czary goryczy, dodam, że w części scen rozgrywających się w kościele nie ma lampki wiecznej.
Mam jednak pewną teorię, która niejako usprawiedliwiłaby twórców tego filmu. Tylko ostrzegam, będą tu drobne spoilery. W filmie mamy dwóch księży: proboszcza i wikarego. Proboszcz jest postacią negatywną. Jest chciwy, gwałtowny i opryskliwy. Cieszy się, kiedy wierni wychodzą z kościoła oburzeni jego kazaniami. Pozwala na to, żeby jego parafia stała się kościołem jednego człowieka, zamiast Kościołem Jedynego Boga. Ma w sobie sporo z kultury protestanckiej. Wikary natomiast jest człowiekiem głęboko wierzącym. To, co mówi o Bogu, jest zgodne z nauczaniem Kościoła Katolickiego. Naprawdę troszczy się o wiernych. Jest rzadkim przykładem pozytywnego przedstawienia kapłana katolickiego w mediach.
Prawie wszystkie wymienione przeze mnie niezgodności – źle przeprowadzone spowiedzi, błędy w liturgii Wielkiego Piątku, itd. – są za życia proboszcza. Po jego śmierci sprawy zmieniają się na lepsze – wikary podczas spowiedzi wreszcie daje rozgrzeszenie, przy tabernakulum pojawia się lampka wieczna. Jeśli więc chcielibyśmy spojrzeć na ten film bardzo, bardzo łaskawym okiem, moglibyśmy go zinterpretować w ten sposób: Proboszcz był symbolem różnych nieprawidłowości w Kościele. Kiedy umarł, wikary – symbol prawdziwego Kościoła – przejął stery i mógł poprowadzić parafię we właściwym kierunku. I na tym poprzestańmy.