Pa naszemu o Bogu
Na styku różnych tradycji codzienne rozmowy o sakramentach i grzechach stają się swoistym wykładem z teologii praktycznej. Choć zasady wiary często przegrywają tu z pragmatyzmem życia, dla moich rozmówczyń religia pozostaje bliższym albo dalszym sposobem na poukładanie własnego losu. Jako świadek tych dialogów odkrywam, że w świecie pełnym uproszczeń ważniejsza od racji bywa po prostu gotowość do bycia dobrym słuchaczem.
Zajęty swoimi sprawami, mimowolnie przysłuchuję się rozmowie dwóch kobiet. Początkowo nie jest zbyt zajmująca, ale w pewnym momencie moje radary wyostrzają się na ich słowa. Choć pozornie wciąż wykonuję swoją pracę, od teraz słucham już uważnie.
– Brat mojego Bartka też bierze ślub cywilny – mówi jedna do drugiej.
– A czemu? – pyta tamta, ale bez cienia zdziwienia.
– No bo wiesz, sam mówi, że ksiądz chce od niego grubą kasę. Podobno kilka tysięcy za mszę. A w urzędzie? Stała cena i koniec.
Później, w innej sytuacji, daję po sobie poznać, że jestem niezadowolony, bo nie mam jak pójść na niedzielną mszę.
– To ty tak zawsze chodzisz? Tak co niedzielę? – pyta moja rozmówczyni.
– No tak, zawsze, odkąd pamiętam.
– Ostro – odpowiada, naprawdę zaskoczona. – Ja to chyba od jesieni nie byłam (a mamy marzec). Jakoś mi nie po drodze z Kościołem.
– Czemu?
– Wkurza mnie to. Zwłaszcza jak ksiądz przyjdzie po kolędzie i od razu nachalnie wypytuje, kiedy weźmiemy ślub kościelny, bo mamy tylko cywilny. A co go to obchodzi? Nie lubię tych wszystkich uroczystości, tego cyrku, który trzeba uskuteczniać, i ładowania w to grubej kasy. Przecież mamy kredyt, kupiliśmy dom, skąd miałabym wziąć na to pieniądze? Przy cywilnym koszty i stres były o połowę mniejsze.
Znowu podobna sytuacja: dwie kobiety i ja. Nie angażuję się za bardzo w rozmowę, tylko słucham, przenosząc wzrok z jednej na drugą. Chyba odczytują to jako sygnał, że skoro facet słucha, to mogą puścić wodze i naprawdę się otworzyć.
– Ja to się w sumie cieszę, że nie muszę już chodzić do spowiedzi – mówi jedna, po czym dodaje, że ostatnio w konfesjonale była kilka lat temu, jeszcze grubo przed ślubem.
– Czemu tak? – pyta druga.
– A po co mam chodzić, skoro i tak nie dostanę rozgrzeszenia? Zresztą, ja nawet nie mam się z czego spowiadać. No nie, Adam? – zwraca się do mnie. – Dlaczego skoro jest spowiedź powszechna, ta na początku mszy, to trzeba jeszcze iść do księdza?
Odpowiadam, że ta pierwsza gładzi tylko grzechy lekkie, a spowiedź uszna jest od tych ciężkich. Potem zwracam się do drugiej z nich, która jest prawosławna: – A jak tam u was, w cerkwi, wygląda spowiedź?
Moje myśli na moment odbiegają jednak od miejsca rozmowy. Przenoszą się o kilka miesięcy wstecz, do innej dyskusji z tą dziewczyną, kiedy to spieraliśmy się o tradycje wigilijne.
– Jak u was wygląda wigilia? – pytam z lekkim sarkazmem, bo w gruncie rzeczy lubię ten odwieczny podział na „nas” i „ich”. Mówi, że niemal tak samo jak u nas. Tylko zamiast opłatka jest prosfora. I nie składają sobie życzeń tak jak my – że każdy z każdym, krążąc po pokoju – tylko jedna osoba mówi coś ogólnego, a potem puszczają talerzyk z pociętym chlebkiem i każdy bierze po kawałku.
Nie pamiętam, o czym gadaliśmy później, ale w pamięci wyrasta mi inny obraz. Byłem autentycznie zaskoczony, gdy usłyszałem, że ona lubi czytać Biblię. I to taką wydaną dwujęzycznie: po jednej stronie tekst polski, po drugiej cerkiewnosłowiański. Moje zdziwienie wzięło się stąd, że obraz „ruskich” – jak ich u nas nazywamy, czasem może i słusznie – był w mojej głowie zupełnie inny. Zwłaszcza jeśli chodzi o staruszków, do których jak się odezwiesz, to i tak nic nie zrozumiesz. Mówią tym swoim językiem „pa naszemu”, czyli tak naprawdę po białorusku. Jeśli liznąłeś trochę rosyjskiego, to może coś wyłapiesz, o ile bezzębna szczęka pozwoli im na wymówienie choć jednego wyraźnego słowa.
Zawsze myślałem, że są mało religijni. Że do cerkwi chodzą od święta, a co niedzielę to może tylko te stare babcie. Rzadko przystępują do komunii, bo tam wymagania są twarde: trzeba być po spowiedzi, bez żadnego grzechu (nawet lekkiego), a do sakramentu iść na czczo. Pewnie dlatego msze mają już o dziewiątej rano. Myślałem, że jak już przychodzą, to albo się spóźniają, albo wychodzą w trakcie na papierosa, albo stoją w kruchcie i plotkują z sąsiadami, bo i tak nic nie rozumieją z tego, co batiuszka śpiewa. Nie znają języka, o bogactwie znaków i ich przekazie nie wspominając. I choć ich życie religijne wydaje mi się obiektywnie piękne i tajemnicze, to paradoksalnie nigdy dotąd od żadnego prawosławnego nie dowiedziałem się o nim zbyt wiele.
Kiedyś próbowałem podpytać rówieśnika o prawosławne pogrzeby. Odparł, że w cerkwi na żadnym nie był, za to na kilku katolickich – owszem. W naszym regionie to norma. „Ja w sumie bywam częściej w cerkwi niż w kościele” – mówi jedna z kobiet, reprezentująca typowe tu małżeństwo mieszane. „Córkę ochrzciliśmy u batiuszki, bo mąż prawosławny, więc i jego święta obchodzę”. Podobno kiedyś mają zrównać kalendarze, ale póki co są rodziny, do których Mikołaj przychodzi dwa razy w roku.
Pamiętam, jak kiedyś służyłem do mszy na ślubie mieszanym. On był katolikiem, ona nie. Przy komunii ona także piła z kielicha – komunia była pod dwiema postaciami. Byłem wtedy za mały, by zrozumieć szczegóły, ale ten obraz został mi pod powiekami.
Koniec dygresji.
Moja rozmówczyni ciągnie dalej o prawosławnej spowiedzi: „No, batiuszka czeka za filarem, idziesz do niego, on cię nakrywa taką szatą, mówi modlitwy, ty wymieniasz grzechy i koniec. A dawniej to batiuszka mówił tylko po cerkiewnemu, to nawet nie trzeba było grzechów wymieniać, bo i tak nikt nie rozumiał. On się pomodlił, Bóg odpuścił i już”.
„Fajnie” – kwituje druga. „Ale wiesz, mi ktoś mówił, że skoro nikogo nie zabiłam ani nie okradłam, to nie mam grzechów ciężkich. Resztę załatwia spowiedź powszechna na początku mszy i jest dobrze”. Patrzy na mnie wyczekująco. Czuję, że to moment, bym się odezwał. Gotuje się we mnie, bo znam te uproszczenia na wylot. Tyle się uczyłem, żeby wiedzieć, że to tak nie działa. Ale czuję też ich zatwardziałość. Czas nas goni, więc rzucam tylko z uśmiechem: „To jednak zbyt duże uproszczenie, nie jest aż tak różowo”. Patrzą na mnie jak na głupka. Nie chcą słuchać wykładów. Milknę, czując niedosyt, że nie wyprowadziłem ich z błędu.
„Ja to mam dobrze!” – woła nagle trzecia kobieta, która właśnie wyszła z sąsiedniego pokoju. Słyszała końcówkę rozmowy. „Z chłopem się rozeszłam, ale z nikim innym nie żyję, więc grzechu nie mam. Normalnie chodzę z dziećmi do komunii”. I zaczyna po raz setny tę samą historię. O kochance, hotelach i kwiecistych SMS-ach męża. Przytakuję uważnie. Myślę sobie, że właśnie dałem jej znak. Być może nie jestem dobrym nauczycielem wiary, ale na pewno będę dobrym słuchaczem.
