Ewangelia o miłosierdziu… bez miłosierdzia?
W dzisiejsze święto Bożego Miłosierdzia Kościół podaje nam Ewangelię, w której na pierwszy rzut oka tego miłosierdzia jest… zaskakująco mało. Zamiast opisu spektakularnych cudów czy wezwania: „bądźcie miłosierni”, słyszymy o tym, że „drzwi były zamknięte z obawy”, a jeden z najbliższych uczniów twardo stawia warunki: „jeżeli nie ujrzę… nie uwierzę”. Dlaczego Pan Jezus chciał, abyśmy w tym szczególnym dniu kontemplowali właśnie tę scenę, a nie inną?
Przyjrzyjmy się temu i postarajmy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to właśnie w lęku apostołów i uporze Tomasza ukryta jest najgłębsza prawda o Bożej miłości. Być może dlatego, że Jezus nie szuka naszych sukcesów, ale staje „pośrodku” – tam, gdzie my sami nie potrafimy już wyjść sobie naprzeciw.
Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.
J 20, 19-20
To niezwykłe, że Jezus wybiera moment, w którym „drzwi były zamknięte z obawy”. Dla uczniów te drzwi były barierą przed zagrożeniem z zewnątrz, ale dla nas są symbolem tego, co dzieje się w naszych sercach, gdy przygniata nas codzienność. Stres, lęk o pracę, napięcia w rodzinie – to wszystko sprawia, że ryglujemy się od środka. Myślimy: „muszę sobie poradzić sam”, i w tym samowystarczalnym lęku zamykamy się nie tylko na drugiego człowieka, ale i na Boga.
I właśnie wtedy, w tę najgłębszą izolację, „przyszedł Jezus, stanął pośrodku”. On nie puka, nie czeka, aż poczujemy się „godni”, by Go wpuścić. On po prostu jest. Jego pierwsze słowa: „Pokój wam!” to nie tylko przywitanie, to lekarstwo na paraliż serca. A gdy „pokazał im ręce i bok”, udowodnił, że zna cierpienie i rany. To spotkanie uczy nas, że miłosierdzie zaczyna się tam, gdzie kończą się nasze ludzkie możliwości i siły. „Uradowali się zatem uczniowie”, bo zrozumieli, że ich lęk nie ma ostatniego słowa – ma je Jezus, który jest obecny mimo zamkniętych drzwi.
A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».
J 20, 21-23
Jezus nie poprzestaje na samym pocieszeniu. On idzie o krok dalej i po raz drugi mówi: „Pokój wam!”. Warto zauważyć, że Jezus nie przychodzi z żalem, nie wylicza uczniom ich ucieczki spod krzyża ani nie okazuje złości. Przychodzi w całkowitym spokoju, przynosząc ukojenie zamiast wyrzutów. To właśnie w tej atmosferze łagodności rodzi się największy dar miłosiernego Ojca: sakrament pokuty i pojednania.
Kiedy Jezus „tchnął na nich”, daje im nowe życie, nową czystą kartę. Słowa: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone”, to nie ustanowienie surowego sądu, ale otwarcie miejsca, które papież Franciszek nazywa „szpitalem polowym”. Bóg wie, że sami nie podniesiemy się z naszych upadków, dlatego zostawia nam konfesjonał – przestrzeń, w której miłosierdzie staje się namacalne. To tam Bóg osobiście zdejmuje z nas ciężar, którego nie mieliśmy już siły nieść, zamieniając nasz wstyd w pokój serca.
Ale Tomasz (…) nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: «Widzieliśmy Pana!» Ale on rzekł do nich: «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę».
J 20, 24-25
Postać Tomasza jest nam niezwykle bliska, bo przecież „Tomasz to my”. Często, tak jak on, nie było nas tam, gdzie działy się wielkie rzeczy. Kiedy inni z entuzjazmem wołają: „Widzieliśmy Pana!”, my czujemy pustkę i dystans. Jego twarde postawienie warunków: „Jeżeli nie zobaczę… nie uwierzę”, to nie jest wyraz złej woli, ale ludzkiej tęsknoty za konkretnym doświadczeniem.
W dzisiejszym świecie, pełnym niepewności, my również potrzebujemy namacalnych dowodów na obecność Boga. Często wątpimy w Jego miłosierdzie, gdy życie nas dociska, gdy czujemy się osamotnieni w naszych problemach. Chcielibyśmy „dotknąć” Bożej obecności, by upewnić się, że to wszystko nie jest tylko piękną teorią. Tomasz pokazuje nam, że Bóg nie boi się naszych pytań ani naszego „sprawdzam”. On wie, że nasze wątpienie często wynika nie z buntu, ale z zagubienia i pragnienia spotkania, które naprawdę zmieni nasze życie.
(…) Jezus przyszedł, choć drzwi były zamknięte, stanął pośrodku i rzekł: «Pokój wam!» Następnie rzekł do Tomasza: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym». Tomasz w odpowiedzi rzekł do Niego: «Pan mój i Bóg mój!»
J 20, 26b-28
Jezus nie zostawia Tomasza z jego wątpliwościami. Wraca po ośmiu dniach i choć „drzwi były zamknięte”, On znów staje pośrodku. To spotkanie jest porażające w swojej intymności. Jezus nie wyśmiewa warunków Tomasza, nie ignoruje ich. Mówi wprost: „Podnieś tutaj swój palec… włóż rękę w mój bok”. Bóg zniża się do poziomu ludzkiego niedowierzania, byle tylko nas odzyskać.
Wobec takiej miłości mechanizmy obronne Tomasza pękają. Nie słyszymy już o badaniu ran – samo spotkanie z żywym Bogiem wystarczy. Jego odpowiedź: „Pan mój i Bóg mój!” to wyznanie wiary natychmiastowej i całkowitej. Tylko prawdziwy Bóg może uczynić taki cud w sercu człowieka; tylko prawdziwa miłość potrafi z taką cierpliwością czekać na kogoś, kto się pogubił. To jest właśnie istotą miłosierdzia: Jezus nie goni nas za to, że nie uwierzyliśmy od razu, ale przychodzi tak blisko, abyśmy mogli Go „dotknąć” w naszej codzienności.
Powiedział mu Jezus: «Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli».
J 20, 29
Słowa Jezusa: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”, to wyzwanie rzucone naszej kulturze obrazu. Żyjemy w świecie, w którym dobro wydaje się istnieć tylko wtedy, gdy zostanie sfotografowane i wrzucone na Instagrama czy Facebooka. Jezus jednak wskazuje na zupełnie inny kierunek. Prawdziwe miłosierdzie nie potrzebuje blasku fleszy ani poklasku tłumów. Ono najlepiej czuje się w ciszy i pokorze.
Nasza wiara nie musi być na pokaz. Najpiękniejsze akty miłości to te, o których nikt się nie dowie – te ciche gesty lojalności wobec Boga i drugiego człowieka, wykonane za zamkniętymi drzwiami codzienności. Pan Bóg, który nas przenika i zna, widzi każdy taki czyn. To właśnie w tej niewidocznej dla świata przestrzeni rodzi się autentyczna relacja z Bogiem. Miłosierdzie to nie medialny event, ale lojalność serca, które nie potrzebuje widzieć swojego odbicia w oczach innych, by wiedzieć, że robi to, co słuszne.
Wszystkie te wydarzenia – spotkanie w Wieczerniku, cierpliwość wobec Tomasza i wezwanie do wiary bez dowodów – prowadzą nas do odkrycia czegoś, co można nazwać „inteligencją serca”. To zdolność dostrzeżenia Boga nie tam, gdzie są fanfary i wielkie emocje, ale w codziennym, ufnym trwaniu przy Nim. Boże miłosierdzie to nie jest jednorazowy gest przebaczenia, to nieskończona obecność przy człowieku, nawet jeśli ten akurat siedzi za zaryglowanymi drzwiami swojej bezsilności.
Wchodząc w Tydzień Miłosierdzia, nie szukajmy poklasku ani medialnego uznania. Szukajmy tej cichej lojalności, wiedząc, że On jest przy nas zawsze – szczególnie wtedy, gdy nasze własne drzwi wydają się nam zbyt ciężkie, by je komukolwiek otworzyć. Nasz największy komfort kryje się w prostej prawdzie, że On zna każdą naszą myśl i każdy gest wykonany w ukryciu:
Panie, przenikasz i znasz mnie,
Ps 139, 1b-2
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.
Z daleka przenikasz moje zamysły,
