Duchowość

Stygmaty codzienności. Gdzie w Twoim życiu „boli” Cię Bóg?

Na La Vernie Franciszek nie otrzymał nagrody za świętość, lecz bolesne przypomnienie, że człowiek nie ucieknie przed własną kruchością. Jego stygmaty nie były medalem, lecz bolesną prawdą o kruchości. Wielki Post stawia nam to samo pytanie: czy odważymy się zajrzeć w rany, które nosimy pod własną skórą, zamiast pudrować je pobożnymi pozorami?

Wrzesień 1224 roku, góra La Verna. Franciszek z Asyżu jest cieniem samego siebie. Prawie ślepy od choroby oczu, zmęczony wewnętrznymi podziałami w Zakonie, który sam założył, i fizycznie wycieńczony postami, które dziś pewnie nazwalibyśmy skrajnym wycieńczeniem organizmu. Na tej surowej, zimnej skale prosi Boga, by być tak blisko, jak to tylko możliwe.

Dostaje to, o co prosił. Na jego dłoniach, stopach i boku pojawiają się rany. Krwawią, ropieją, potwornie przeszkadzają w chodzeniu. My, oswojeni z religijnymi obrazkami, patrzymy na to jak na mistyczny „level up”, duchowe odznaczenie ze złotą ramką. Ale dla Franciszka to nie był medal. To była bolesna codzienność, którą do końca życia próbował ukryć pod grubym, szorstkim habitem.

Wielki Post to czas, w którym chętnie i bezpiecznie patrzymy na rany Chrystusa na krucyfiksie. Ale czy mamy odwagę spojrzeć na te, które nosimy pod własną skórą?

Post od pudrowania rzeczywistości

Większość z nas przechodzi przez Wielki Post z jakąś wewnętrzną checklistą: nie jem słodyczy, nie piję alkoholu, odinstalowałem TikToka. To dobre ćwiczenia z silnej woli, ale często służą one jedynie budowaniu naszego duchowego ego. „Patrz, Panie Boże, jaki jestem zdyscyplinowany, jak panuję nad swoimi instynktami”.

Franciszek na La Vernie nie zajmował się dyscypliną. On stał w absolutnej, egzystencjalnej nagości. Stygmaty to nie tylko nadprzyrodzone znaki zarezerwowane dla garstki mistyków. To brutalna metafora naszych najgłębszych pęknięć. Każdy z nas ma swoje „stygmaty codzienności”, czyli te miejsca w życiorysie, których nie da się wyleczyć kolejną mądrą książką czy nawet gorliwą modlitwą o cud.

To może być przewlekła choroba, która w wieku trzydziestu lat kazała Ci zrewidować definicję sukcesu. To może być lęk, który wciąż wraca, choć przecież powinienem ufać. Albo poczucie, że Twoje życie, pomimo szczerych chęci, rozjechało się z tym, co obiecywały Ci kolorowe reklamy, a może i kazania.

Szczelina, przez którą wpada światło

Mamy w sobie zakodowany, zwierzęcy niemal odruch ucieczki od bólu. Chcemy go zakleić plastrem pracy, zagłuszyć nowym serialem albo pobożnie go wyprzeć, rzucając szybkie: „Wszystko jest wolą Bożą”. Boimy się, że jeśli przyznamy się do porażki, to znaczy, że nasza wiara jest słaba.

Ale stygmaty Franciszka krzyczą coś zupełnie przeciwnego, rany nie są błędem w systemie. One są punktem styku.

W duchowości franciszkańskiej słabość nie jest przeszkodą do świętości – ona jest jej jedynym realnym fundamentem. Dopiero, gdy Twoje ręce są „przebite”, czyli kompletnie bezradne wobec jakiejś sytuacji, to przestajesz nimi kurczowo szarpać za ster swojego życia. Dopiero, gdy Twój bok jest otwarty, przestajesz być szczelnie zamkniętą twierdzą i Twoje serce może wreszcie kogoś naprawdę przyjąć. Bo tylko ten, kto wie, co to znaczy „rozpadać się”, potrafi autentycznie współczuć komuś, kto właśnie trzyma się w kawałkach.

Jak przestać nienawidzić swoich blizn?

Franciszek pod koniec życia, gdy ból stygmatów i choroby nie pozwalał mu spać, nie przeklinał swojego losu. Potrafił nazwać nawet śmierć „siostrą”. Brzmi to jak religijny masochizm albo syndrom sztokholmski. Ale w tym tytule kryje się najbardziej wyzwalająca prawda, jaką można usłyszeć w Wielkim Poście. Siostry się nie wybiera. Siostrę się przyjmuje do domu, bo jest częścią Twojej historii, Twojej rodziny, Twojego DNA.

Kochanie swoich blizn nie oznacza, że ból nagle staje się przyjemny. Nic z tych rzeczy. Oznacza jednak, że przestajesz z nim walczyć jak z wrogiem, który niszczy Ci życie. Zaczynasz widzieć w nim miejsce, w którym Jezus jest Ci najbliższy, bo On też był pogruchotany. Zmartwychwstały Chrystus nie pozbył się swoich ran, On je zachował. Nie wstydził się ich przed Tomaszem. One były dowodem na to, że Jego miłość nie była teoretyczna.

Twoje rany są dowodem na to, że przeżyłeś. Że kochałeś. Że zaryzykowałeś życie, a nie tylko je przeczekałeś w bezpiecznym kokonie.

Brat mniejszy - bernardyn. Duszpasterz i katecheta. Posługuje w Sanktuarium Matki Bożej Rzeszowskiej w Rzeszowie.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy