Eden pachnie mokrą tesserą
Wyobraź sobie chłód błękitnych płytek pod bosymi stopami i duszny zapach nardowego oleju. Towarzyszy Ci paraliżujący wstyd, ten sam, który dziś każe chować się za filtrami, warstwami ubrań czy „jarmarcznym plastikiem” kultury. Dla Eirene chrzest w pierwszych wiekach nie był jednak grzeczną ceremonią, lecz ekstremalnym wyzuciem się z wszystkiego, co ziemskie. W blasku oliwnych lamp, całkowicie bezradna, musiała zmierzyć się z surową prawdą o własnej naturze. Czy to, co dziś automatycznie uznajemy za nieprzyzwoitość, mogło być kiedyś jedyną drogą do odzyskania rajskiej wolności? To historia kobiety, która w świątyni odkryła, że świętość nie potrzebuje maski, a absolutna bezbronność może stać się „strojem chwały”. Pierwsi chrześcijanie nie bali się patrzeć na to, co dziś nerwowo cenzurujemy. To opowieść o powrocie do Edenu, tam, gdzie „zgorszenie było darem”.
Wielkopostne umartwianie ducha niemal zawsze bierze swój początek w dyscyplinowaniu ciała, choć wciąż z trudem przychodzi nam porzucenie zadomowionej myśli, że jest ono czymś z gruntu podejrzanym, co należy trzymać na krótkiej uwięzi i tresować tylko po to, aby poskromiony w nim duch mógł wreszcie znaleźć sobie jako tako okiełznane mieszkanie. Skrępowaliśmy nasze sylwetki warstwami wymyślnych strojów, z którymi nie potrafimy się już rozstać, a współczesna kultura tak gęsto nasyciła się jarmarcznym plastikiem implantów, że każde nieskrępowane ciało niemal natychmiast staje się dla nas synonimem nieprzyzwoitości lub zwykłym narzędziem, tracąc przy tym swój pierwotny blask bycia celem samym w sobie i ofiarnym podarunkiem.
Kiedy Jerzy Kawalerowicz pokazywał światu ekranizację Sienkiewicza, wybierając na premierę Watykan z Janem Pawłem II w pierwszym rzędzie, a choć dziś ta scena wydaje się niemal ikoniczna, wracają wszystkie te momenty, gdy w domowym zaciszu dzieciom nerwowo zasłaniano oczy przed ekranową Chryzostemis albo szkolne wycieczki na „Lawę”, podczas których nauczycielki z trudem tłumiły własne zmieszanie, próbując wyjaśnić rozbawionym uczniom, że nie wyphotoszopowany kawałek tkanki wcale nie musi być czymś nieobyczajnym, i w tym wszystkim czujemy jakiś współczesny, podszyty lękiem zgrzyt, który mimowolnie każe nam zastanowić się, czy świętość faktycznie trzeba chronić przed wzrokiem, czy może negliż, zanim stał się domeną komercji albo rozpusty w domach starożytnych bożków, mógł być kiedyś przeżyciem na wskroś sakralnym, aktem surowym, rozpaczliwym, jedynym sposobem na powrót do utraconej, rajskiej niewinności.
W czasach, gdy światło nowej wiary dopiero zaczynało rozpraszać mroki dawnych bogów, chrzest był przejściem przez ogień, na które czekano miesiącami. Wielka Sobota, spowita zapachem wiosennej nocy i woskowych świec, była jedyną bramą do nowego życia, a Eirene, przyzwyczajona do chłodu marmurów i miękkości najcieńszych jedwabi, czuła, jak z każdą godziną narasta w niej drżenie. Choć była kobietą zamożną, której każdy gest pełen był naturalnej dumy, spotkanie z diakonisą, kobietą o surowym wejrzeniu i dłoniach nawykłych do służby, zachwiało jej spokojem. Gdy w cieniu portyku Pomocnica cierpliwie tłumaczyła jej przebieg misterium, każde kolejne słowo o porzuceniu przeszłości coraz bardziej ją niepokoiło. Kiedy w końcu usłyszała, że aby narodzić się na nowo, będzie musiała odrzucić nie tylko grzech, ale i każdą nitkę swojej cennej tuniki, zalewała ją fala palącego wstydu. Myśl o obnażeniu się, o wystawieniu swojej kruchości na widok innych, sprawiła, że świat wokół niej zaczął przerażająco wirować.
Eirene niespokojnie poprawiała ożywione zwoje tuniki, a choć wokół wznosiła się potężna pieśń, nie docierał do niej żaden dźwięk, ponieważ wpatrywała się w biskupa z paraliżującym napięciem i w popłochu szukała wzrokiem baseniku, o którym tyle słyszała, a który zdawał się zapaść pod ziemię, podczas gdy jej ciało ogarniały dreszcze na samą myśl, że to właśnie tutaj, na podwyższeniu i przed całym zgromadzeniem, kapłan skaże ją na ostateczny wstyd i nakaże zrzucić szaty, aż w końcu z tego gęstego oszołomienia wyrwał ją wołający głos starca, rzucający w ciszę jej imię. Wtedy ruszyła przed siebie, a jej drżące nogi wprawiły srebrne bransolety w migotliwy taniec dzwoneczków, których brzmienie rozsypywało się przy każdym kroku, gdy tymczasem ona sama kurczowo zaciskała palce na kosztownym materiale sukni, przygotowana na najgorsze, lecz biskup, wykonał gest tak oszczędny, że tylko ona, wpatrzona w niego z lękiem, mogła go dostrzec, naznaczył jej czoło ciężkim, lepkim olejem, którego gęsta woń natychmiast wypełniła powietrze, sprawiając, że wszystko działo się błyskawicznie i bez zbędnych słów, przynosząc jej nagłą, choć kruchą ulgę, iż wciąż pozostaje osłonięta przed wzrokiem obcych. W tej samej chwili jednak pojawiła się diakonisa, która ujęła ją stanowczo za ramię i pociągnęła w lewo, prowadząc ku wąskim, niepozornym drzwiom, za którymi podniosły gwar pieśni natychmiast przygasł, ustępując miejsca gęstemu, wilgotnemu powietrzu, które zaczęło oblepiać jej rozgorączkowaną skórę w ciasnej przestrzeni, zamkniętej szczelnie w czterech ścianach wyłożonych niebieskimi szklanymi tesserami.
Gwałtownie przestępowała z nogi na nogę, a jej palce drżały lekko, gdy z narastającą siłą przyciskała dłonie do bioder, podczas gdy jej rozbiegane spojrzenie nieustannie uciekało ku zamkniętym drzwiom, jakby w nadziei, że ktoś nagle przerwie tę chwilę, aż w końcu, niemal dławiąc się własnym głosem, zapytała cicho, czy zostaną tu same, na co diakonisa odparła z niezmąconą powagą, że tak właśnie musi być, ponieważ „Konstytucje Apostolskie” wyraźnie stanowią, iż ze względu na przyzwoitość tylko ona może zobaczyć ją nagą. Kiedy Eirene powtórzyła niemal szeptem to jedno, przerażające słowo, cofając się o krok, jakby chciała uciec przed nadchodzącą koniecznością, usłyszała spokojne, nieznoszące sprzeciwu polecenie, by się odwróciła, co uczyniła ruchem sztywnym i pełnym niepewności, czując, jak sprawne dłonie starszej kobiety zdejmują z niej kolejno bransolety, ciężkie pierścienie i kolczyki, całe to lśniące instrumentarium prestiżu, które dotąd definiowało ją jako dumną i majętną panią, nielitościwie zrównując ją w tej jednej chwili z losem ostatniego niewolnika, aż w końcu, gdy metalowe ozdoby opadły z głuchym stukiem, te same palce rozpięły srebrne sprzączki sukni na jej ramionach, sprawiając, że drgnęła wyraźnie pod dotykiem zimnego metalu i obcych palców, pytając z rosnącym, bliskim łez zdumieniem, po co to wszystko jest potrzebne. Diakonisa odpowiedziała jej wtedy głosem twardym i uroczystym, pytając, czy nie wie, że wciąż jest jeszcze niewolnicą grzechu i czy nie pamięta nauk ojca Chryzostoma: „Przypomnij sobie poprzednią nagość, kiedy byłeś w raju i się nie wstydziłeś. Bo Adam i Ewa – mówi Pismo Święte – byli nadzy i nie wstydzili się, dopiero gdy wzięli szatę grzechu, napełniła ich ona wielkim wstydem”. Dziewczyna jedynie mocniej zacisnęła powieki, próbując odciąć się od rzeczywistości, podczas gdy kobieta ciągnęła dalej, przywołując słowa Cyryla: „Kiedy tam weszliście, zaraz zdjęliście tunikę. Oznaczało to wasze wyzucie się ze starego człowieka wraz z jego uczynkami. […] Przedziwna rzecz! Byliście nadzy na oczach wszystkich i nie wstydziliście się. Prawdziwie bowiem nieśliście obraz pierwszego ojca Adama, który w raju był nagi i nie doznawał wstydu”. Na oczach wszystkich… wyszeptała, czując, jak jej dłonie odruchowo i z niemocą przyciskają się do ciała w próbie ochrony swojej resztki prywatności, choć w uszach wciąż brzmiały jej dopowiedziane z nabożnym spokojem słowa Teodora z Mopsuestii o tym, że nagość na początku była stanem czystym, w którym lęk nie miał prawa istnieć.
Eirene przenikał dotkliwy chłód, kiedy tak stała skulona i drżącymi dłońmi próbowała zasłonić swoją nagość przed badawczym wzrokiem diakonisy, ta jednak z nabożnym spokojem wylała na dłonie święty olej i rozcierała go tak długo, aż stał się ciepły, po czym wyszeptała ledwie słyszalne: „Opuść dłonie”, a jej czyste oczy dodały dziewczynie nagłej odwagi, więc posłuchała i wbiła wzrok w ciemną taflę głębokiego basenu, do którego w dół prowadziły kamienne stopnie. Czuła na skórze dotyk palców diakonisy, która skrupulatnie namaszczała jej ciało, piersi, plecy, a nawet wąskie przestrzenie między palcami stóp, sprawiając, że każdy ten ruch, choć przesycony powagą sakralnego rytuału, wydawał się pozbawiony ludzkiego ciepła, aż w końcu kobieta ujęła ją za dłoń i przywołała słowa świętego Zenona: „Zostaniecie zanurzeni nadzy w źródle, lecz niebawem stamtąd wstaniecie odziani w niebiańską szatę”. Kiedy ostatni ślad oleju spoczął na jej skórze, a dłonie diakonisy odeszły, pozostawiając ją samą, Eirene poczuła, jak każdy mięsień jej ciała sztywnieje w instynktownym, beznadziejnym odruchu obronnym, podczas gdy te kilka kroków dzielących ją od krawędzi basenu wydało się jej dystansem nie do pokonania, bo w tej dusznej ciszy baptysterium każda cząstka jej bytu zdawała się krzyczeć z upokorzenia. Szła z barkami mocno skulonymi do środka i głową wbita w dół, próbując ramionami choć w części zasłonić swoje ciało, które w świetle oliwnych lamp wydawało się przerażająco wyraźne, a każda kropla oleju na jej ciele lśniła, jakby celowo przyciągała wzrok, sprawiając, że czuła się nie jak przyszła chrześcijanka, lecz jak niewolnica wystawiona na targu, której odebrano prawo do jakiejkolwiek prywatności. Jej bose stopy wydawały przy każdym kroku ten charakterystyczny, mlaskający dźwięk, który w jej uszach brzmiał jak dowód jej słabości, gdy z każdym centymetrem zbliżała się do ciemnej toni, czując na plecach nieustanny, wzrok diakonisy, który palił ją bardziej niż słońce. Nigdy wcześniej nie czuła tak dotkliwie ciężaru własnego ciała, które teraz wydawało się zbyt wielkie i zbyt widoczne, a każdy ruch bioder czy drgnienie mięśni napełniały ją paraliżującym zakłopotaniem, dopóki wreszcie nie dotarła do krawędzi i z rozpaczliwą niemal ulgą nie postawiła pierwszej stopy na kamiennym stopniu, szukając w chłodnej wodzie ratunku przed tym palącym uczuciem bycia oglądaną, zanim jeszcze światło dnia zupełnie zniknie pod powierzchnią wody. Zaledwie zdążyła poczuć ten pierwszy, głęboki oddech ulgi, gdy na krótkie wezwanie staruszki w progu wyrósł biskup, który szybkim, niemal mechanicznym krokiem podszedł do krawędzi i bez jednego słowa przygniótł jej głowę ciężką dłonią, gwałtownym ruchem spychając ją całą pod ciemną taflę, podczas gdy z jego ust wydobyło się beznamiętne echo chrzcielnej formuły, a gdy tylko wybrzmiały ostatnie sylaby, odwrócił się gwałtownie i zniknął w mroku świątyni, zostawiając kobiety same w nagłej ciszy.
Przewodniczka podała jej rękę, a dziewczyna powoli wspinała się po śliskich schodach, czując, jak ociekająca z niej woda zostawia za nią ciemny, szybko niknący ślad na kamieniu, gdy tymczasem na szczycie starsza kobieta pochyliła się ku niej i niemal przy samym uchu wyszeptała słowa Narsai z Nisibi: „Jak nowo narodzony, który wychodzi z łona, ukazuje się ochrzczony, wychodząc z wody”, dodając zaraz za Cyrylem: „Rozebrani z szat byliście nadzy – na wzór Chrystusa nagiego na krzyżu, który przez swoją nagość rozbroiwszy księstwa i moce, odniósł nad nimi jawnie triumf na drzewie”. Zrozumiała wtedy, że triumfuje wolna od leku, którego nie zdołałaby uśmierzyć żadna jedwabna tunika. Choć kobietę wciąż przenikał dotkliwy chłód, a diakonisa trzymała w zanadrzu prześcieradło, pozwoliła jej ona przez tę jedną chwilę trwać w absolutnej bezbronności i właśnie wtedy w umyśle dziewczyny, z niezwykłą jasnością odezwały się słowa z Ewangelii Tomasza, które niegdyś jej szeptał stary prezbiter: „Spytali uczniowie Jego: «Którego dnia objawi się nam i którego dnia ujrzymy ciebie?». Odrzekł Jezus: «Jeśli będziecie mieli zwyczaj ukazywać, nie wstydząc się, te części ciała, które godzi się zakrywać, i będziecie brać szaty wasze i rzucać je pod wasze stopy jak małe dzieci, i będziecie je deptać, wówczas ujrzycie Syna żywego i nie będziecie się bać»”. Zaczęła oddychać spokojniej, czując, jak dawny lęk odpływa, a diakonisa, dostrzegłszy przemianę w jej spojrzeniu, podała jej miękkie płótno, by osuszyła ciało, po czym z nabożną starannością pomogła jej zapiąć nową, lśniąco białą szatę, w której, ramie w ramię, wróciły do rozświetlonej blaskiem świec świątyni, by dołączyć do wspólnoty jako nowi ludzie.
Wszystko to sprowadza się w zasadzie od greckiego słowa baptize, które dziś brzmi tak sterylnie, że aż można by pomyśleć, że chodzi o dezynfekcję rąk. Tymczasem jego pierwotne znaczenie to bezlitosne zanurzenie, rytuał oczyszczenia wymagający odrzucenia wszelkich szat. Jezus w nurcie Jordanu oczywiście nie był wyjątkiem, o czym zresztą poświadczają najwcześniejsze mozaiki pokazujące Go w pełnej nagości. Dopiero w V i VI wieku zaczęła wstydliwa „cenzura pobożności” zakrywać te wizerunki, bo widok ciała nagle stał się dla wiernych tak szokujący, że groził im zawrotem głowy. Szesnastowieczna sztuka pasyjna z Francji, wciąż jednak bez skrępowania, podtrzymywała tę nieprzyjemnie szczerą narrację: „Muszę Cię, Panie, zobaczyć nagim. By dać początek nowemu Prawu”. Jezus, nie tracąc ani krztyny powagi, odpowiada: „Jestem już nagi, ochrzcij mnie, Bez dalszych wzdragań”.
Liturgia bizantyjska nie rozśmiesza eufemizmami, kiedy w swoich hymnach opiewa Pana, „O, współczujący zbawco, przywdziewający nagość Adama jako strój chwały. Byłeś gotów stać nago w Jordanie. O, wspaniały cudzie!”, tak, ten niepojęty cud miał wyznaczyć nowy rytm spotkania człowieka z Bogiem. W konsekwencji tego katechumeni, nie byli ekshibicjonistami, lecz świadomie, aczkolwiek ze wstydem odtwarzali gest Chrystusa, po to, żeby stanąć przed Panem w absolutnej prawdzie, wedle słów Listu do Hebrajczyków, że wszystko nagie i otwarte jest przed Jego oczami, nadaje to ciału tak często postrzeganemu jedynie jako źródło zgorszenia uświęcający sens, przypominając, iż skoro Bóg widzi nas zawsze takimi, jakimi jesteśmy, to na ostatecznym sądzie żadne ziemskie ubrania nie będą nam już potrzebne, by osłonić naszą duszę przed Jego spojrzeniem. To nerwowe zasłanianie oczu dzieciom przed filmową Chryzostemis wcale nie bierze swego początku w chęci ochrony ich świętości, stanowiąc jedynie żałosny dowód naszej własnej nędzy i będąc wyrazem kompletnego paraliżu zdolności do patrzenia na ciało bez natrętnego, wypracowanego latami rynkowego pożądania, nasz własny, przeżarty zmysłową kataraktą wzrok pozostaje już niezdolny do wyłuskania z drugiego człowieka nieskażonego obrazu pierwszego Adama, uwięzionego pod grubymi warstwami polimerowej tandety.
Ilustracja: Scena chrztu w Jordanie (detal mozaiki z połowy V w.), Baptysterium Ortodoksów, Rawenna, Włochy. Fot. domena publiczna.