Duchowość

Weź swój krzyż i wreszcie się nawróć

Czasami słyszymy, że krzyż stał się niewygodnym symbolem. Płomienne kazania biskupów nieraz ostrzegały już nas przed zdejmowaniem krzyży zawieszonych w miejscach publicznych – przed pozbywaniem się tego widzialnego znaku chrześcijaństwa. Nie odmawiając słuszności tak stawianym problemom, warto jednak zapytać samego siebie, co takiego dzieje się z drugim rodzajem „krzyża”, czyli z naszym krzyżem wewnętrznym. Tym krzyżem, który mamy codziennie brać na swe ramiona i naśladować w ten sposób Chrystusa. Bo czy nie jest tak, że i ten krzyż na różne sposoby odrzucamy? Czyż nie chcemy go zdejmować – tym razem nie ze ścian szkół i urzędów, ale ze swoich barków? Czy nie chcemy się go pozbyć z naszego życia?

Krótka dykteryjka – jaka jest różnica między usuwaniem krzyży z przestrzeni publicznej a wyrzekaniem się swojego wewnętrznego „krzyża”? Jedna, bardzo prosta: to pierwsze czynią lewicowi aktywiści spod czerwonych lub tęczowych sztandarów, zaś to drugie… czynimy wszyscy. Tak bezbożnych, jak i pobożnych łączy tutaj jedno – modlitwa o oddalenie przykrych doświadczeń, słabości, trudnej przeszłości i innych wszelako rozumianych wewnętrznych krzyży.

Zastanówmy się, czy tak naprawdę to nie ten rodzaj krzyża stał się dziś najbardziej niewygodny, i to dla każdego z nas. W czasach, kiedy grzech stał się powodem do dumy, cierpienie zatraciło jakikolwiek sens, a bezproblemowe życie w dobrobycie stało się ideałem oglądanym przez zbite szkiełko zużytego smartfona, „krzyż wewnętrzny” musi zostać odrzucony. Najwyższy czas zdać sobie sprawę z tego, że dla współczesnych jednym z najbardziej niewygodnych fragmentów Nowego Testamentu nie jest wcale (lub przede wszystkim) ten mówiący o zakazie rozwodów, potępieniu czynów homoseksualnych, czy też ogniu piekielnym czekającym tych, którzy nie uwierzą, ale jest nim zdanie, w którym Jezus warunkuje naśladowanie Go poprzez wzięcie własnego krzyża:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!

Mk 8,34

Czemu mam się z czymś zmagać, skoro mogę się tego pozbyć? Dlaczego kobieta ma rodzić niepełnosprawne dziecko, któremu tak trudno będzie potem w życiu? Czy muszę zmagać się z żoną, z którą się nie dogaduję, skoro możliwy jest rozwód cywilny, a na jej miejsce czeka pięć innych kobiet gotowych rzucić dla mnie wszystko? Po co wyrzeczenie w postaci życia w czystości, jeśli coś sprawia mi przyjemność i moim zdaniem na ten moment zbliża mnie do drugiej osoby? Po co to całe znoszenie trudów, zmaganie się z własną słabością, rezygnacja z ciągłej przyjemności? Czy do nawrócenia jest mi potrzebne znoszenie tego wewnętrznego krzyża i podążanie w ten sposób za Jezusem?

Odpowiedź na tak postawione pytania nie jest prosta. Próbę jej udzielenia podjął swego czasu Benedykt XVI w „Jezusie z Nazaretu” przy okazji refleksji nad wezwaniem z Modlitwy Pańskiej: …i nie wódź nas na pokuszenie…:

Ażeby osiągnąć dojrzałość, ażeby miejsce powierzchownej pobożności mogło zająć głębokie zjednoczenie z Bogiem, człowiek musi przechodzić przez doświadczenia. Jak sok z winogron, by się stać szlachetnym winem, musi przejść proces fermentacji, tak też człowiek potrzebuje oczyszczenia i transformacji. Bywa to niebezpieczne dla niego, może nawet ponieść porażkę, są to jednak drogi, które trzeba przejść, by dojść do siebie samego i do Boga. Miłość jest zawsze procesem oczyszczeń i wyrzeczeń, bolesnych przemian, prowadzących do dojrzałości. […]

Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, Kraków 2007, s. 142

Zatem przechodzenie przez trudy i doświadczenia, zmaganie się z wszelako rozumianym bólem, wreszcie – niesienie własnego krzyża, jest niezbędne w procesie nawrócenia i zbliżenia się do Pana Boga. Jest to również konieczne do poznania tej jednej i obiektywnej prawdy o nas samych – prawdy o grzesznikach powołanych do świętości, a więc ludziach, którzy wezmą swój krzyż i będą pragnąć zmienić się na lepsze, dążyć do wiecznego szczęścia nie odpychając oczywistych ciężarów, ale zmagając się z nimi.

Czy mamy jednak w sobie na tyle siły, aby to zrobić? Czy każdy ciężar, jaki może potencjalnie nas spotkać lub który może się w nas zakorzenić, jest przez nas do uniesienia? A może powinniśmy modlić się o oddalenie pokus i zmagań?

Benedykt XVI pozostając przy omawianiu szóstego wezwania Ojcze nasz, tak odpowiada na powyższe pytania:

[…]Gdy powtarzamy szóstą prośbę Ojcze nasz, musimy zatem trwać w gotowości przyjęcia na siebie ciężaru wyznaczonego nam doświadczenia. Z drugiej strony, jest to jednocześnie prośba o to, żeby Bóg nie nakładał na nas większych ciężarów, niż zdołamy udźwignąć, i żeby nas nie wypuszczał ze swych rąk. Powtarzamy tę prośbę z ufną pewnością, którą Święty Paweł przybrał dla nas w słowa: «Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać» (1 Kor 10, 13).

Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, Kraków 2007, s. 143

Abyśmy mogli przetrwać i nieść swój własny krzyż, musimy otworzyć się uprzednio na rozwiązanie, którym obdarza nas Pan Bóg. Musimy chcieć się zmienić na lepsze, stanąć w odwadze ku przeciwnościom. Ileż to razy słyszymy w medialnym przekazie, czy nawet bezpośrednio od naszych bliskich: „Bądź sobą!”, „Kocham Cię takiego jakim jesteś, nie zmieniaj się!”, „Bez względu, jaką drogę życiową wybierzesz, będę to popierał…”

Chciałoby się rzec: na Rany Chrystusa! a co jeśli ja chcę się zmienić? Co jeśli tak naprawdę nie jestem „sobą”, ale wypaczoną wersją siebie? Co w sytuacji, gdy dokonam wyboru zła, ale nikt mnie z tej drogi nie zawróci, w imię fałszywego „wsparcia”? Co jeśli chcę spróbować nieść swój krzyż…

Owszem, świat nie tylko stanął na głowie – świat zwariował na naszych oczach… Zamiast wziąć swój krzyż, każdy wziął swoje racje i subiektywnie rozumianą „prawdę”, która z PRAWDĄ prawdziwą ma niewiele wspólnego. Jeśli wydaje Ci się, że coraz mniej miejsca jest dla krzyża w przestrzeni publicznej, to wiedz, że w naszych współczesnych i postępowych sercach już go niemal zabrakło. Co Ty zrobisz ze swoim wewnętrznym krzyżem? Odrzucisz go, czy weźmiesz na swoje ramiona, podążysz za Chrystusem i… wreszcie się nawrócisz.

Artykuł pochodzi z e-magazynu SIEJMY, nr 3/2022 (23), marzec 2022 r.

Założyciel Siejmy. Poszukujący woli Bożej.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy