Duchowość

Boskie espresso

Życie na styku diecezji nauczyło mnie, że wystarczy przejść przez most, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Nie tylko kościelnym, lecz także duchowym. Dziś, po latach balansowania między wiarą a wiedzą, próbuję raz jeszcze otworzyć Biblię „na chybił trafił” i sprawdzić, czy Bóg naprawdę odpowiada, czy tylko odbijam się od własnych wyobrażeń.

Osobliwe jest mieszkać na styku diecezji. Wystarczyłoby zamieszkać po drugiej stronie rzeki, by nie wiedzieć, czym było to „coś”, czym żyłem jeszcze kilka lat temu. Gdy u nas nikt nie słyszał o KSM, tam próżno było szukać parafialnych oaz. 

Każdy piątkowy wieczór, poza spotkaniem formacyjnym, był pretekstem do nocnego szlifowania bruków miasteczka w towarzystwie ludzi, którzy do dziś pozostali mi najbliżsi, choć przecież tło wypełniał tłum innych, przypadkowych twarzy. Wówczas każdy z nas pragnął nie tyle wierzyć, co wiedzieć. Tak, nie wierzyć, lecz wiedzieć i była to dla nas sprawa wagi najwyższej. Kościołowi oddaliśmy się w całości – nasz wolny czas, wakacje i przyjaźnie. Balansowaliśmy na ostrzu noża między stanem „być” tożsamym z wiedzą, a „nie być” skazanym na wiarę. Gdyby okazało się, że Tam nikogo nie ma, a wszystko jest czcze, rozpadlibyśmy się.

Dziś spoglądam na to wszystko z cieniem pożałowania, choć przecież sposobów na owo niemożliwe żniwo w samym środku zimy mieliśmy wiele; miotani miłością i niepewnością przyszłości, poobijani kontuzjami oraz konfliktami w naszych, jakże napiętych, przyjaźniach. Pamięć zatarła już twarz tego, kto z niezachwianą pewnością przekonywał nas, że na każdym życiowym rozdrożu Bóg wskaże właściwy kierunek, o ile tylko zaufamy przypadkowi i otworzymy Biblię na chybił trafił.

Poddajmy się więc eksperymentowi. Pisząc te słowa, jestem na nocnym dyżurze, który niezmiennie nasycony jest splotem stresu, senności i niepewności, a jedynym, czego w tej chwili pragnę, jest otucha. Otwieram zatem Biblię – zmuszony ratować się jej cyfrową wersją – zamykam oczy i powierzam wybór ślepemu trafowi. Jest. Spoglądam na ekran, a tam widnieją słowa:

„Wtedy synowie Judy przyszli do Jozuego w Gilgal, a Kenizzyta Kaleb, syn Jefunnego, rzekł do niego: Ty wiesz, co Pan powiedział do Mojżesza, męża Bożego, o mnie i o tobie w Kadesz-Barnea”.

Co takiego? Czy to doprawdy Twoja odpowiedź, Boże? Czy w istocie ofiarowujesz mi właśnie to?

Posiadam w kręgu rodzinnym profesora, z którym połączyła mnie przyjaźń, dosyć specyficzna. Ilekroć dręczony wątpliwościami łaknąłem jego rady, otrzymywałem w zamian jedynie chłodny, cyfrowy odnośnik do księgarni przesłany przez komunikator z lakonicznym dopiskiem: „poszukaj tutaj”. Podobnie rzecz ma się z inną bliską mi osobą, która wspominając o przyjaciółce w Dubaju, na moje pytanie o szczegóły ich rozmowy, odparła ze szczerym zdziwieniem, iż nie zamieniły słowa od wieków, bowiem wystarczyło jej ujrzeć internetową relację, aby domyślić się reszty. Ja zaś tkwiłem w błędnym, jak widać, przekonaniu, że aby kogoś poznać, trzeba z nim rozmawiać; to właśnie owo przekonanie rodziło we mnie wyrzuty sumienia, ilekroć zmuszony byłem zwrócić się do kogoś wyłącznie z interesowną prośbą, świadom, że przez resztę czasu pozostawałem zbyt zajęty, by podtrzymać z nim więź.

Bóg nie jest wszakże automatem do kawy, owym bezdusznym mechanizmem, na którego obudowie – w chwili gdy wyda nam napój rozwodniony i pozbawiony smaku – odruchowo szukamy numeru, by złożyć zażalenie. Któż bowiem z nas, w momencie gdy maszyna odmawia posłuszeństwa, gotów jest uznać to za własny błąd? Jakże kojąca jest możliwość zrzucenia na kogoś odpowiedzialności za zło, które nam wręczono, choć przecież prawdziwa radość rodzi się jedynie w trudzie samodzielności, w wiedzy zdobytej własnym sumptem, a nie tej podanej na tacy, która ulatuje z pamięci równie szybko, jak w nią wpadła.

Z Panem Bogiem sprawa ma się jednak zgoła odmiennie. Nie jest On rzeczą, lecz Osobą. Zbliżamy się do Niego wedle tych samych prawideł, jakimi rządzimy się wobec ludzi. Jeśli bowiem ich jedynie podglądamy, nie dziwmy się, że i Jego postać zredukujemy zaledwie do ułamkowego urywka. Dla mnie istota Boga objawia się w konieczności uprzedniego zbudowania relacji, owego wzajemnego poznania, choć On zna mnie na wskroś, ja Jego wciąż nie, zanim w ogóle ośmielę się czegokolwiek żądać; do tego zaś aktu nie są mi potrzebne żadne mistyczne wizje, gdyż pełnia tego, co Stwórca zechciał o sobie wyjawić, spoczywa już w Biblii. Nic ponadto, poza nieustannym wyjaśnianiem, komentowaniem i mozolnym przekładaniem owej Bożej logiki na realia doczesności, uczynić się nie da, chyba że wkroczymy na ścieżkę mówienia o tym, kim On nie jest.

Dopiero głębokie wniknięcie w Jego istotę pozwala przeniknąć Jego logikę, ową żelazną konsekwencję myśli, gdzie każda kolejna wypływa z poprzedniej w sposób nieuchronny i pełen sensu. Wszystko zaś, co sytuuje się poza tym boskim porządkiem, jest już tylko i wyłącznie „moje”, tak jak grzech pozostaje jedynym bytem mojego wyłącznego autorstwa; tą jedną, mroczną domeną, w której Bóg nie posiada żadnego głosu sprawczego.

Właśnie owo odrzucenie dyktatu „mojego” stanowi jądro Wielkiego Postu. Nie może się to jednak dokonać poprzez mechaniczne powielanie schematów, w których wpadam na pomysł umartwienia tylko dlatego, że tak mnie nauczono, projektując na Boga własne, mylne wyobrażenia o tym, czego On rzekomo w tym czasie ode mnie oczekuje

Osuwam się bowiem w pułapkę iluzji, w której to ja staję się jedynym projektantem rzekomej woli Bożej; to moje autorskie dzieło, dla którego usilnie poszukuję u Stwórcy jedynie aprobaty, gotowego potwierdzenia konieczności moich działań.

Tymczasem istota rzeczy leży poza horyzontem takiego myślenia. Pierwotnym aktem musi stać się poznanie Boga – w tych granicach, w jakich zechciał On odsłonić się w Piśmie i dopiero z owego poznania, na wzór zgłębiania natury przyjaciela, wypływa odczytanie Jego żądań wobec mnie. W przeciwnym razie, jeśli znów pozwolę sobie na fragmentaryczne traktowanie Boga, dyktowane własnym kaprysem, niechybnie natrafię na ów tragiczny ustęp o Judaszu, który poszedł się powiesić. I cóż wówczas? Czyż owa niefortunna lektura miałaby stać się dla mnie nakazem do powtórzenia tego tragicznego czynu?

Boża logika, choć dostępna poznaniu, przemawia do każdego z nas w odmiennym, partykularnym dialekcie; podczas gdy jeden odczyta w niej nieubłagane wezwanie do surowej ascezy postu – co wszak może być w pełni zgodne z wolą Stwórcy – inny odkryje w tym samym głosie powołanie do zasiadania przy stole przyjaciela. Dlaczegóż bowiem Bóg nie miałby pragnąć, bym radował się obecnością tego, kto został mi dany i komu ja sam zostałem ofiarowany? Czyż owa żywa więź nie przewyższa swą wartością owego biernego wpatrywania się w wirtualne „relacje”, gdzie uśmiech jest zaledwie zwierciadłem, i to krzywym, na podstawie którego moja ułomna logika, opierając się na jednej tylko, kruchej przesłance, uzurpuje sobie prawo do ostatecznego wniosku? A przecież prawda leży gdzie indziej, albowiem każda logika wymaga splotu wielu przesłanek, by zaistnieć, tym bardziej ta, która należy do Boga

Autor publikujący w Siejmy, magister licencjonowany teologii moralnej, licencjat pracy socjalnej, wychowawca w placówce opiekuńczo-wychowawczej.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy