Gdy serce tęskni za offlinem
Człowiek jest istotą duchową – koniec, kropka. Możemy udawać, że żyjemy tylko tu i teraz, że interesuje nas wyłącznie to, co da się zmierzyć, zważyć i policzyć. A jednak w każdym z nas drzemie pragnienie czegoś więcej. Chcemy dotknąć sensu, wejść głębiej, poczuć, że w nas samych jest przestrzeń większa niż codzienne bieganie z kalendarzem w ręku.
Duchowość wspólnotowa pięknie wybrzmiewa, kiedy ma oparcie w indywidualnej praktyce – w osobistym spotkaniu z Bogiem. To pragnienie wpisane jest w nasze serce od stworzenia.
Instagram szuka duchowości… ale gdzie tak naprawdę?
Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego zajrzał do świata młodych na Instagramie, zliczając posty z hasztagiem „duchowość”. I co zobaczył?
Z 18 tysięcy postów najczęściej pojawia się:
• medytacja (królowa zestawienia) – 21%,
• joga – 7%,
• manifestacja, mindfulness, tarot – po kilka procent,
• modlitwa i Pismo Święte – zaledwie 3–5%.
Wyniki mówią jasno: sercem współczesnej duchowości jest medytacja, choć każdy rozumie ją po swojemu. Medytacja dziś to worek bez dna – tyle praktyk, ile nurtów, tyle podejść, ile kanałów na YouTube.
Medytacja – słowo, które straciło instrukcję obsługi
Mamy medytację świecką, która jest jak mentalna siłownia. Uczy skupienia, resetu i koncentracji – sportowcy stosują ją przed ważnymi wydarzeniami. Mamy medytację Wschodu, opartą na ciszy, mantrach i oddechu, którą część świata łyka jak tabletki uspokajające. Do tego dochodzi joga, która stała się globalną marką stylu życia, w której duchowość splata się z fitnessem.
Jedno jest pewne: ludzie chcą ciszy i głębi, bo mają dość życia w trybie wibracji telefonu.
A katolicy? Mamy medytację czy nie bardzo?
Kilka lat temu w jednym z dużych miast reklamowano „katolicką jogę”. Brzmiało jak oksymoron. Jedni się oburzali, drudzy klaskali. Ale pytanie pozostaje: czy naprawdę musimy importować duchowość, żeby cokolwiek poczuć?
Problem w tym, że młodzi nie kojarzą katolicyzmu z medytacją, ciszą czy pogłębianiem życia wewnętrznego. Raczej z „wkuwaniem formułek” do Komunii i bierzmowania albo z listą obowiązków, którą trzeba „odhaczyć”.
I trudno się dziwić, że #pismoświęte jest tak mało obecne w mediach społecznościowych. Po prostu nikt nie pokazał młodym, że Biblia to nie tylko tekst, ale przestrzeń doświadczenia. Można ją czytać nie tylko „bo trzeba”, ale żeby odnaleźć sens, spokój, równowagę.
Dlaczego rekolekcje pękają w szwach?
Rekolekcje w ciszy, Lectio Divina, ignacjańskie – miejsca rozchodzą się na pniu. Dlaczego? Bo pragniemy oddechu. Tego jednego momentu, kiedy świat milknie, a my wreszcie słyszymy siebie.
Problem tylko w tym, że wielu z nas czeka na „spokojniejszy czas”. Taki, który – bądźmy szczerzy – może nigdy nie nadejść. Może dziś jest ten właściwy moment, by wziąć do ręki Pismo Święte i zacząć medytować?
Kwadrans, który może uzdrowić duszę
Wymówki są zawsze te same: „nie mam czasu”, „za dużo na głowie”. A jednak, gdy pojawia się choroba, nikt nie mówi: „nie mam czasu chorować”. Pewne procesy i tak się w nas toczą.
Choroby duszy też. I wymagają uwagi – od razu. Dlatego zacznij od 15 minut dziennie. Piętnaście – tyle, ile trwa prysznic, skrollowanie TikToka czy reklamy podczas filmu.
Zbuduj swoją małą pustelnię
Znajdź miejsce bez rozpraszaczy. Nie biurko, nie kuchnia, nie przestrzeń kojarzona z obowiązkami. Odłóż telefon, zamknij drzwi, zgaś hałas świata. Cisza na początku może boleć. Serio – potrafi wywołać napięcie. Ale to dlatego, że dawno jej w sobie nie słyszeliśmy.
Oddychaj powoli. Wsłuchaj się w bicie serca. Wejdź w modlitwę obecności. Powiedz Bogu: „Oto jestem”.
Słuchaj
Weź do ręki Biblię, otwórz ją na Ewangelii z dnia albo na krótkim fragmencie wybranej księgi. Tyle, by tworzył jedną myśl.
Czytaj wolno. Jakby to był Twój pierwszy raz z tym tekstem. Nie wpuszczaj do głowy schematu: „znam to”. Zadaj sobie pytania: „O co chodzi w tym tekście?” „Co mówi do mnie dzisiaj?”
Pisz, notuj, rysuj, prowadź dialog – wybierz formę, w której Twoje serce zaczyna mówić.
A jeśli nic nie słyszę?
Zdarza się. Cisza jak beton. Zero emocji, zero „iskry”. Jeśli trwa to tygodniami, to sprawdź, czy nie jesteś zwyczajnie przemęczony. Bez odpoczynku modlitwa w ogóle nie ma szans. Zajrzyj też w swoje lęki – czasem to one blokują nas najbardziej.
Najważniejsze, by się nie zniechęcać. Cisza też jest etapem modlitwy.
A potem dzieje się coś ważnego…
A później przychodzi moment, którego nie da się pomylić z niczym innym. Zaczynasz czuć, że 15 minut to zaledwie uchylone drzwi. Że w ciszy kryje się coś tak prawdziwego, iż chcesz tam wracać częściej i na dłużej. Serce samo puka: „Zatrzymaj się. Posłuchaj. Jeszcze chwilę.”
Ostatecznie cała ta praktyka prowadzi do jednego: żeby w świecie, który codziennie zamyka przed nami niebo, choć raz dziennie je otworzyć – świadomie, odważnie, całym sobą.