Opinie

Między patosem a codziennością – jak Kościół może mówić do ludzi dzisiaj?

Jak dziś mówić o wierze, by nie zatracić majestatu liturgii, a jednocześnie pozostać blisko codzienności wiernych? Kościół katolicki od wieków posługuje się patosem, aby wprowadzać w tajemnicę sacrum. Jednak współczesny człowiek coraz częściej potrzebuje języka prostego, zrozumiałego i zakorzenionego w realnym doświadczeniu. Jak więc znaleźć złoty środek pomiędzy podniosłością a zwyczajnością, aby liturgia prowadziła do spotkania z Bogiem, a nie budowała dystans?

Jesteśmy już przyzwyczajeni do tak zwanego języka kościelnego – podniosłego tonu w gestach, muzyce i słowach. Dla wielu to coś budującego, co wprowadza w tajemnicę sacrum, w świat, który pozwala na chwilę oderwać się od szarej, często trudnej codzienności. Ale są też tacy, dla których ten ton staje się zbyt odległy, wręcz nieosiągalny.

Pojawia się więc pytanie: jak znaleźć równowagę między majestatem liturgii a naszym ludzkim doświadczeniem świata stworzonego?

Patos w Kościele – czym jest i dlaczego się pojawia?

Patos w Kościele ma swoje miejsce. Tradycja chrześcijańska zawsze korzystała z podniosłych form, by zaznaczyć znaczenie Bożych tajemnic. W muzyce, słowach i gestach podejmowana jest próba wprowadzenia wiernych w głębię tajemnic Boga.

Jednak nadmiar patosu potrafi stać się przeszkodą – zwłaszcza gdy homilie przeładowane są skomplikowanymi metaforami, które niewiele znaczą, a sama liturgia przypomina teatr jednego, nie zawsze dobrego aktora. To, co miało przyciągać, zaczyna oddalać.

W efekcie kapłani i osoby konsekrowane coraz częściej postrzegani są jako oderwani od rzeczywistości. Bo przecież księża nie chodzą, tylko kroczą, nie jedzą, lecz pożywają. A przecież to język kształtuje naszą rzeczywistość.

Patos sam w sobie nie jest zły – ma służyć wejściu w przestrzeń sacrum. Tak jak w średniowieczu budowano monumentalne kościoły z pięknymi malowidłami i potężnymi prospektami organowymi, które miały dać człowiekowi przedsmak nieba, tak i dziś język powinien otwierać przestrzeń spotkania z Bogiem. Pytanie tylko – jak w tym znaleźć arystotelesowski złoty środek?

Kiedy patos staje się przeszkodą?

Przede wszystkim wtedy, gdy zamiast prowadzić nas przed oblicze kochającego Boga, buduje barierę między nami a Bogiem niedostępnym. Jak zbliżyć się do Wszechmocnego i nawiązać z Nim relację, jeśli już same słowa, wypracowane przez wieki teologii, stają się niejasne?

Można powiedzieć, że wiara jest łaską. Ale czym właściwie jest łaska? Łatwo ukryć się za językiem teologii – jednak z czasem może on stać się ucieczką przed prawdą. Może próbowaliśmy poznać Ojca, ale po kilku nieudanych próbach wybraliśmy język niedostępności zamiast kolejnego podejścia.

Język naprawdę kształtuje naszą rzeczywistość. Widać to chociażby w kulcie maryjnym. Maria z Nazaretu – młoda, prosta dziewczyna – z czasem stała się Maryją, Matką Jezusa. Średniowiecze uczyniło z niej Królową Matkę, a niektórzy próbowali nawet przypisać jej tytuł współodkupicielki. Na szczęście ostatnio sam papież przypomniał, że to nie jest właściwy kierunek.

Ks. Piotr Pawlukiewicz w jednej z homilii mówił, że rodzina z Nazaretu była zwyczajna. Jezus do swojej matki zwracał się „Mamo”, a nie „Matko Odkupiciela Świata”. A jednak w tej zwyczajności byli święci.

Jak patos może wspierać życie duchowe?

W Kościele katolickim mocno rozwinął się śpiew tonalny. Do tego doszły bogato zdobione ołtarze, starannie tworzone obrazy i misternie wykonane stalle w kościołach klasztornych. Wszystko to miało prowadzić ku kontemplacji.

Piękno pomaga się modlić. Łatwiej skupić się na modlitwie w starym kościele, który zaprasza do ciszy i skupienia, niż w nowoczesnym, pustym wnętrzu.

Również sama liturgia pełna jest podniosłości. Już procesja wejścia, miarowy krok, dym z trybularza – to wszystko zaprasza do uczestnictwa w misterium. Gdy uroczystej Eucharystii towarzyszy chór, można niemal całkowicie zanurzyć się w kontemplacji tego, co piękne i doskonałe – samego Boga.

Patos a codzienne życie wiernych

Jak sprawić, by nasza wiara nie oderwała się od codzienności? Wchodząc do świątyni, przynosimy ze sobą wszystkie troski, ale wychodząc, powinniśmy wynieść poczucie spotkania z Ojcem.

Wzniosłe tony mają nas doprowadzić do spotkania. Jeśli kończymy jedynie na zachwycie nad pięknem, trzeba się zatrzymać i zapytać, dokąd to prowadzi. Jeśli natomiast w tym doświadczeniu naprawdę spotykamy Boga, to to spotkanie ma nas umacniać w codzienności. To pierwsze zadanie – czerpać z liturgii siłę do życia zwyczajnego.

Podniosłość celebracji ma też budzić pragnienie przemiany, podejmowania konkretnych wysiłków duchowych. To moment zatrzymania i spojrzenia na swoje życie z perspektywy wiary.

Patos porusza również nasze emocje. Jesteśmy istotami cielesno-psychiczno-duchowymi, a każda z tych płaszczyzn wpływa na pozostałe. Potrzebujemy chwil wzniosłości, żeby na moment zapomnieć o ciężarze dnia. I czy nazwiemy to działaniem Boga, czy doświadczeniem sztuki – efekt bywa ten sam: dusza odpoczywa.

Patos w służbie

Podniosłość liturgii nie istnieje sama dla siebie. Ma wartość tylko wtedy, gdy prowadzi nas do spotkania z Bogiem. Czasem pomaga zrobić pierwszy krok – otworzyć serce, znaleźć słowo modlitwy. Innym razem staje się sposobem wyrażenia tego, czego nie potrafimy wypowiedzieć. Patos nigdy nie jest celem. Zawsze pozostaje środkiem.

Kościół potrzebuje dziś zarówno prostoty, jak i piękna. Bo Bóg objawia się i w ciszy zwykłych słów, i w majestacie śpiewu. Wzruszenie podczas liturgii może stać się początkiem spotkania, ale to codzienność pokazuje, czy naprawdę to spotkanie przemienia. Patos jest więc tylko chwilą – ważną, ale krótką – która ma prowadzić do tego, co trwałe: do życia z Bogiem na co dzień.

Brat mniejszy - bernardyn. Duszpasterz i katecheta. Posługuje w Sanktuarium Matki Bożej Rzeszowskiej w Rzeszowie.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy