Upamiętnić przyszłość
Zaduszki to nie tylko wspominanie tych, którzy odeszli. To także pytanie o nas samych – czy my żyjemy naprawdę? Bo pamiętać po chrześcijańsku znaczy wierzyć, że miłość jest silniejsza niż śmierć.
Dlaczego Dzień Zaduszny „jest wyzwaniem dla ludzkiej pamięci” – jak powiedział niedawno papież Leon XIV? Jaki powinna mieć kierunek? Czy tylko z przeszłości w teraźniejszość? Dokąd sięga nasza pamięć o zmarłych – czy zatrzymuje się na granicy wspomnienia, czy potrafi przebić się ku nadziei?
Pamięć, która sięga dalej niż wspomnienia
Różne są odejścia ludzi do wieczności – jedne spodziewane, inne nagłe, a niektóre niemal niezauważone. Różne też bywają pożegnania przy trumnie – czasem pełne łez, czasem oszczędne, chłodne, jakby bez emocji. Miałem nieraz tę trudną rolę przewodniczyć pogrzebowi, na którym nie dało się wyczuć więzi między zmarłym a jego bliskimi. Najbardziej przejmujące – w negatywnym znaczeniu – są właśnie takie uroczystości: bez wzruszenia, bez zaangażowania w modlitwę, jakby dla formalności.
Paradoksalnie – najbardziej krzepiące bywają te pożegnania, gdzie cisza przerywana jest płaczem, ale i wdzięcznością. Bo im głębsza więź, tym trudniejsza rozłąka. Czasem, nawet po latach, gdy kończy się tzw. „okres prolongaty” grobu, ból wciąż jest świeży. Pamięć nie daje się zasypać ziemią.
Porządek na grobie czy w sercu?
Dwa dni temu – 2 listopada, w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański, papież Leon XIV zwrócił uwagę, że Dzień Zaduszny nie jest tylko rytuałem pamięci, ale zaproszeniem do odnowienia wiary, „zaproszeniem do pamięci i oczekiwania”.
Odwiedzamy cmentarze, zapalamy znicze, modlimy się – wszystko to piękne i potrzebne. Ale czy wystarczy? Czy jedyne, co w ciągu roku zrobimy dla zmarłych to umycie grobowca? Czy nie zdarza się, że starannie zamiatamy liście, ale nie zaglądamy w głąb własnego serca, gdzie od dawna zalegają innego rodzaju „liście” – zaniedbane relacje, nieprzebaczone sprawy, niewypowiedziane słowa?
Papież przypomina, że pamięć o zmarłych powinna nas prowadzić nie tyle wstecz, co w głąb – w stronę tego, co naprawdę trwałe. To nie jest dzień nostalgii, ale dzień nadziei. Bo pamięć bez nadziei staje się muzeum, a wiara bez pamięci – pustym rytuałem.
Nie tylko wspominać – upamiętniać przyszłość
Lubimy pielęgnować przeszłość. Ile razy słyszymy (albo sami mówimy): „kiedyś to było…”? Uwielbiamy wspominać stare czasy, historie z dzieciństwa, anegdoty o tych, którzy odeszli. To wszystko dobre i potrzebne. Ale jeśli nasza pamięć zatrzyma się tylko w przeszłości, może stać się naszą niewolą – klatką, w której się zamkniemy.
Papież Leon XIV zaprasza nas, byśmy „upamiętniali przyszłość”. To zaskakujące wyrażenie – ale niezwykle trafne. Bo przecież w Credo powtarzamy: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie.” Nie wspominamy więc przeszłości, ale oczekujemy przyszłości. Nasza pamięć ma kierunek: nie ku grobowi, ale ku Zmartwychwstaniu.
Nie jesteśmy ludźmi, którzy tylko „wspominają” – jesteśmy ludźmi, którzy „oczekują”. A to wielka różnica. Pamięć chrześcijańska to pamięć nadziei: nie zatrzymuje się na kamieniu grobu, ale widzi już światło poranka wielkanocnego.
Cisza, która mówi o życiu
Cmentarz ma w sobie niezwykłą moc. Cisza, która tam panuje, nie jest pustką – to cisza pełna obecności. Przerywa hałas codzienności i uczy słuchać. To miejsce, gdzie czas zwalnia, a my – choćby na chwilę – przypominamy sobie, że życie nie kończy się na tym, co widać.
Kiedy stajemy nad grobem bliskich, słyszymy w sercu pytanie: „czy ja żyję naprawdę”? Nie „czy jeszcze żyję”, ale „czy żyję pełnią?” Bo może to właśnie zmarli – paradoksalnie – uczą nas żyć. Uczą nas doceniać każdą chwilę, każdą relację, każde „kocham” wypowiedziane za życia.
Rezonuje we mnie tekst piosenki, którą usłyszałem niedawno:
A kiedy będzie mój pogrzeb, kto zapłacze naprawdę?
Czy zostanie po mnie cisza? Czy ktoś w duszy poczuje stratę?
A kiedy będzie mój pogrzeb, nie kładź róż na mój grób.
Daj mi miłość teraz, póki jeszcze oddycham tu.
Bo łzy później są spóźnione – nie uleczą żadnych ran.
Kochaj mnie dziś, nie jutro, póki jeszcze żyję sam.
Żyć naprawdę to docenić każdą napotkaną na swojej drodze osobę. Życie dane nam tu, na ziemi, jest pierwszym rozdziałem wieczności. Ci, których kochamy teraz, nie znikają – zostają wpisani w naszą przyszłość. Nie odkładajmy dobra na później, bo miłość dana dziś jest najpiękniejszym wspomnieniem przyszłego nieba.
Nadzieja mocniejsza niż strach
Boimy się śmierci – to ludzkie. Ale chrześcijańska wiara przemienia ten lęk w oczekiwanie. Nie na nicość, lecz na spotkanie. Nie na koniec, lecz na zanurzenie się w oceanie Miłości, gdzie nie ma już „przed” ani „po”.
Zmartwychwstanie Jezusa nie jest opowieścią sprzed dwóch tysięcy lat – to mapa, którą Bóg zostawił nam na drogę. To nasza nawigacja, byśmy nie kręcili się wokół spraw drugorzędnych. Bo jeśli zmartwychwstanie jest prawdą, to śmierć nie jest już ścianą, lecz drzwiami.
Papież Leon XIV mówił w minioną niedzielę:
Niech znajomy głos Jezusa dotrze do nas i do wszystkich, ponieważ jest to jedyny głos, który pochodzi z przyszłości. On woła nas po imieniu, przygotowuje nam miejsce, uwalnia nas od poczucia bezsilności, które sprawia, że ryzykujemy wyrzeczenie się życia.
To głos, który woła po imieniu, który nie pozwala nam pogrążyć się w smutku, który przypomina: życie nie kończy się w grobie.
Zaduszki nadziei
Zaduszki to nie dzień smutku, ale dzień tęsknoty. A tęsknota – jeśli ma kierunek – staje się modlitwą.
Wspominajmy więc zmarłych, ale nie zatrzymujmy się przy wspomnieniu.
Spoglądajmy dalej – ku spotkaniu, które dopiero nadejdzie. Bo śmierć to nie punkt końcowy, lecz przejście. To jak wyjście z cienia ku światłu, jak zanurzenie się w Miłość, która nie zna końca.
I może właśnie w tym tkwi sens papieskich słów: upamiętnić przyszłość – czyli pamiętać o tym, co dopiero się wydarzy. A wydarzy się Życie. Pełne, wieczne, nieprzemijające.