Krzyż na betonie
Ten obraz zostanie we mnie na długo; niby nic wybitnego, sytuacja niemal codzienna, a jednak u nas, na prowincji, takie „akcje” to zawsze wydarzenia skupiające ludzi. Nikt tego człowieka nie potępił, nikt nie skrzyczał, choć leżał tam bezbronny, brudny i w tak żałosnym stanie, że stał się najłatwiejszym celem do drwin. Niesamowite. Po prostu upadł pod ciężarem swojego krzyża…
To specyficzny rodzaj nostalgii, który budzi się wraz z pierwszym powiewem cieplejszego powietrza. Marzec i kwiecień mają swój unikalny zapach, trudny do zdefiniowania, a jednak rozpoznawalny natychmiast. Woń wilgotnej ziemi i obietnicy, która wisi w powietrzu, zanim na drzewach pojawią się pąki. Dla mnie ten zapach zawsze będzie związany z obrazem dorocznej drogi krzyżowej ulicami mojego miasta. Z biegiem lat moje spojrzenie na tę tradycję uległo jednak zmianie.
Pamiętam czasy, gdy w tym wielogłosowym tłumie potrafiłem poczuć choćby cień autentyczności, ale dziś te procesje wydają mi się dziwnie wypielęgnowane, gładkie i sterylne. Ucieka z nich ciężar, pot i kurz; krzyż staje się rekwizytem, a postać na nim estetycznym dodatkiem. Ta „głaskana” duchowość zaczęła mnie uwierać, dlatego pod powiekami noszę inny obraz, figury Chrystusa Zmartwychwstałego w kościele akademickim. Widziałem tam postać majestatyczną, z niesamowitą precyzją oddaną fakturą materiału i realizmem ciała. To był Chrystus realny, triumfujący na tle niewidocznego krzyża, który był jakby zepchnięty w cień przez potęgę życia.
Jest 16:30. Wiem to dokładnie, bo w kościele dzwonią właśnie dzwony, ogłaszając początek Niedzieli Palmowej i Wielkiego Tygodnia. Odrywam się od komputera, gdy na ekranie telefonu pojawia się kumpel. Krótko ustalamy, że za dwie godziny ruszamy, więc potwierdzam i na moment wracam jeszcze do pracy. Po chwili dzwonię jednak do drugiego kompana, mówię mu, żeby się szykował, bo widzimy się wieczorem, słyszę krótkie potwierdzenie i kończymy rozmowę. Wkrótce jedziemy.
Wybraliśmy się we trzech wieczorem, ruszając z miasta A do B. Trasa to niespełna dziesięć minut szybkiej jazdy. Miasto B przywitało nas swoją małomiasteczkową ciszą, kilkoma ulicami na krzyż i prostą drogą mijającą kościół. Zaparkowaliśmy przy pawilonie, zastawiając połowę stromych schodów prowadzących do knajpy, jedynego miejsca, które o tej porze tętniło jeszcze jakimś życiem. W mroku klatki schodowej, gdzie światło latarni muskało jedynie pierwszy stopień, dostrzegliśmy dwie pary nóg. Dwóch szemranych typów, którzy ledwie zaszczycili nas spojrzeniem. Złożyliśmy zamówienie, a słysząc, że poczekamy piętnaście minut, ruszyliśmy do sklepu naprzeciwko.
Trzeba było zrobić zakupy dla cioci Lodzi, więc do koszyka wpadały kolejno gazety, krzyżówki, serki, soki i paczka cukierków. Dorzuciliśmy po puszce coli na zapitkę, bo jedzenie już pewnie dopiekało się na ruszcie, i ruszyliśmy do kasy. Wtedy drzwi wejściowe rozsunęły się gwałtownie. Ktoś rzucił cicho, ale wyraźnie, że tam na zewnątrz ktoś leży. Kasjerka wybiegła, wyjęła telefon, po chwili go schowała i wróciła liczyć nasze zakupy. Wyszedłem pierwszy.
Po przeciwległej stronie ulicy, dokładnie przy naszym samochodzie, leżał człowiek. Podszedłem bliżej, domyślając się, że to jeden z tych cieni, które mijaliśmy na schodach. Tłum gęstniał z każdą sekundą. Ktoś wyskoczył z nadjeżdżającego auta, facet przez głośnik relacjonował sytuację dyspozytorowi. Karetka już jedzie, rzucił ktoś w eter, a inny głos, bełkotliwy i niepewny, dopowiadał coś o roczniku siedemdziesiątym trzecim, ledwie utrzymując pion – to musiał być ten drugi kompan. Byłem coraz bliżej. Zatrzymałem się na widok kałuży krwi przy głowie rannego. Oddycha, widzę, jak porusza się klatka, uspokajał facet w krótkich spodenkach, choć wieczór był na nie za chłodny.
Mdliło mnie, gardło ścisnął nagły skurcz, ale wbrew sobie zrobiłem krok naprzód i strach zniknął. Facet próbował się podnieść, jego twarz była gęstą pajęczyną stróżek krwi, a z betonem łączyła go ciągnąca się nitka śliny, lepka niczym roztopiony ser. Pytam, czy pomóc, a wtedy ktoś doskakuje do mnie z furią, pytając, czy jestem ratownikiem. Nawet o tym nie śniłem, myślę, dziwiąc się agresji tego człowieka. Nie ruszaj się chłopie, wrzasnął ktoś do poszkodowanego, który po upadku ze schodów wyraźnie odzyskał kontakt z bazą. Posłuchał, bo znów opadł bezwładnie. Nasz kierowca poprosił, by przesunęli jego nogi, bo utknęły między kołami SUV-a, po czym odjechał kawałek, by zrobić miejsce.
Czekaliśmy. Ktoś rzucił, że w mieście B pewnie nie ma wolnego zespołu, bo widział, jak niedawno wyjeżdżali. W końcu na wzniesieniu ulicy Kościelnej – nazwa nadzwyczaj trafna – zamigotały światła. Ciemny transporter wpadł na nas, oślepiając jaskrawym błękitem, i zaparkował tuż przy głowie leżącego. Wyszła kobieta z majestatycznym napisem „Pielęgniarka” na plecach, rzuciła krótkie dobry, na co odpowiedzieliśmy chórem dobry, jak zastraszeni uczniowie przed dyrektorem. Za nią młody, szczupły chłopak z kręconymi włosami. Milczał. Zajrzał facetowi prosto w oczy, nie znalazł tam chyba nic ciekawego, więc bez słowa wrócił do auta, niemal pozwalając głowie rannego huknąć o beton. Wyciągnął nosze, łomocząc metalem o bruk. Pielęgniarka w jaskrawym kombinezonie i różowym swetrze pytała o nazwisko, ktoś odparł, że nikt go nie zna. Każdy sobie przypomni, jak go wpakujecie do karetki, a jak nie, to pójdzie jako NN, padł żart, z którego wszyscy się zaśmialiśmy. No, skoro was tu tylu, to bierzcie kolegę i pakujcie go, ucięła poirytowana kobieta. Ktoś wetknął mi w dłoń palącego się papierosa, każąc trzymać, i ruszył do pomocy.
Odłożyłem niedopałek na schody. Wpakowali go do środka. Zabraliśmy się stamtąd błyskawicznie, ruszając w stronę miasta A z dwiema tortillami – wołowina, łagodny, cienkie ciasto – które w międzyczasie odebrał kolega. Zdążyły wystygnąć, gdy pilnowaliśmy rannego i odmawialiśmy domorosłym ratownikom, którzy chcieli go bandażować na własną rękę. Nawet się nie pożegnaliśmy. Zostawiliśmy za sobą błękitne syreny rozrywające mrok, wygrywające z tymi nowymi, sterylnymi latarniami, które teraz stawia się wszędzie. Tęsknię za starymi, pomarańczowymi latarniami. One dawały ciepło. Teraz został tylko chłód, a jedynym ratunkiem są wspomnienia. Chyba się starzeję.
Miał chłop swoją drogę krzyżową. Zbyt dosadnie wziął ją sobie do serca, choć pewnie wcale o tym nie myślał. Można tylko wzdychać, bo tak uderzająco prawdziwy okazał się ten Wielki Post. Ten obraz zostanie we mnie na długo; niby nic wybitnego, sytuacja niemal codzienna, a jednak u nas, na prowincji, takie „akcje” to zawsze wydarzenia skupiające ludzi. Zaskoczyli mnie swoją ofiarnością, odwagą i tą natychmiastową gotowością do pomocy. Nikt tego człowieka nie potępił, nikt nie skrzyczał, choć leżał tam bezbronny, brudny i w tak żałosnym stanie, że stał się najłatwiejszym celem do drwin. Niesamowite. Po prostu upadł pod ciężarem swojego krzyża.
Znów odrywam się od myśli, choć jestem już w domu, a nowy dzień zdążył się zacząć i w kalendarzu widnieje już prawdziwie Niedziela Palmowa (wcześniej była sobota, a zgodnie ze zwyczajem, ostania Msza jest już z dnia następnego). Pod blokiem ktoś zaczyna się drzeć. Pijackie przyśpiewki niosą się echem po osiedlu. Głosy są młode, wyłącznie męskie, zbyt obce jak na moich znajomych z widzenia, osiedlowych pijaczków. Tu wszyscy się znamy, wiemy, kto nadużywa i z kim można pogadać, ale to jest nowa, głośna gromada. Muszą właśnie wracać z monopolowego, który jeszcze godzinę temu kusił otwartymi drzwiami. Świętują hucznie, z furią, jakby chcieli zagłuszyć noc, tyle że zamiast tradycyjnych palemek, dumnie wznoszą w górę butelki Żubra.
Moja sąsiadka uczy w ogólniaku. To koleżanka, mamy wspólną grupę na Messengerze i nagle telefon rozświetla się, sygnalizując nową wiadomość. Odkładam książkę, której i tak nie potrafiłem czytać, i widzę jej wpis, że to jej 1b tak dzisiaj ostro zabalowała. Przypominam sobie, jak opowiadała, że była jedną z zaledwie dwóch nauczycielek, którym przeszkadzało, gdy w samym środku Wielkiego Postu szkolni didżeje puszczali w radiowęźle muzykę na cały regulator.
