Duchowość

Czterech jeźdźców ewangelizacji

Jak naprawdę wygląda droga ewangelizatora? Historia czterech bernardyńskich świętych – Jana z Dukli, Szymona z Lipnicy, Władysława z Gielniowa i Rafała z Proszowic – pokazuje, że głoszenie Ewangelii to nie chwilowy zapał, lecz mądre przygotowanie, wierność Jezusowi i gotowość na ofiarę z siebie. Ich życie staje się przewodnikiem dla każdego, kto chce dziś odważnie i roztropnie nieść światu Dobrą Nowinę.

„Zostań apostołem” – mówili – „fajnie będzie”. Życie weryfikuje ten początkowy zapał. Zapalić się do czegoś nie jest złą rzeczą, lecz to tylko początek wędrówki po niebezpiecznej krainie, gdzie na nierozważnych czyhają pułapki, a na zbyt śmiałych – więzienne lochy. Gdy w 1453 r. św. Jan Kapistran wdrapał się na beczkę, z której mógł przemawiać do tłumów zgromadzonym na rynku stołecznego Krakowa, nikt nie zdawał sobie sprawy, że jest to iskra zapoczątkowująca pożar. Po kilku miesiącach w nowicjacie setka ludzi rozpoczęła franciszkańską przygodę. Wkrótce cała Polska zapełniła się braćmi głoszącymi Ewangelię i żyjącymi Ewangelią. Prócz gorliwości odznaczali się roztropnością, dzięki której mogli ominąć pułapki czyhające na niedoświadczonych. Skorzystajmy zatem z rad, które dają nam „czterej jeźdźcy ewangelizacji”, czterej święci bernardyni z XV i początku XVI wieku. Pierwszy podpowie nam jak zacząć, drugi – co głosić, trzeci – w jaki sposób, a czwarty ostrzeże nas, że za wszystko się płaci.

Św. Jan z Dukli

Pierwszy chronologicznie z tej czwórki jest św. Jan z Dukli (ok. 1414-1484). Jego życie pełne jest ostrych zakrętów. Najpierw był pustelnikiem nieopodal swego rodzinnego miasta. Po kilku latach zdecydował się wstąpić do franciszkanów, konkretnie do tej gałęzi Zakonu, którą potem zwano konwentualnymi. Wtedy jeszcze nie zwano, bo innych gałęzi w Polsce nie było; Bernardyni pojawili się w 1453 r. Jan nie rzucił od razu wszystkiego i nie wyjechał w Bieszczady. Był człowiekiem obarczonym odpowiedzialnością za braci. Kiedy jednak przestał być, „przeskoczył” do surowszej gałęzi franciszkańskiej. Taki był. Szukał zawsze czegoś więcej. Był to ten sam impuls, który wcześniej pchnął do na pustelnię, a potem do wspólnoty braci. Ten sam impuls będzie popychał sędziwego i prawie ociemniałego zakonnika, by nie uważał się za takiego, który może spocząć na laurach. Mówił sobie: do konfesjonału możesz przecież dojść przy pomocy rąk, a potem już tylko słuchać penitentów, albo poprosić nowicjuszy, by czytali ci Pismo i prace teologiczne, a ty w głowie ułożysz sobie kazanie. A kaznodzieją był dobrym. Doskonale znał niemiecki, dzięki czemu mógł posługiwać także niemieckojęzycznym mieszkańcom Poznania czy Lwowa. Najciekawsze jest w jego życiorysie to, że chociaż było w nim sporo ostrych zakrętów i ważnych decyzji, nie pokonywał ich na pełnej prędkości. Planował, rozeznawał, z niczym się nie spieszył. Nie był jak szybki strumień, lecz jak tama, która gromadzi wodę, by potem mogła wykonać użyteczną pracę. Jan z Dukli przypomina nam, że ewangelizacja to nie szybka akcja, lecz metodyczne przygotowanie siebie, by potem móc służyć Słowem.

Św. Szymon z Lipnicy

Gdy Jan daje wskazówkę, jak zacząć, drugi z świętych bernardynów XV w., Szymon z Lipnicy (ok. 1438-1482) podpowiada, na czym się skupić w głoszeniu. Być może jako młody żak słuchał kazań św. Jana Kapistrana głoszonych na przełomie 1453-54 na krakowskim rynku, a może wstąpił do bernardynów pod wpływem braci, których spotykał już po jego wyjeździe – tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że po otrzymaniu święceń zasłynął swoimi naukami. Z czasem został nawet kaznodzieją królewskiej katedry na Wawelu. Porywał i zapalał serca. Jak to robił? Jego kaznodziejstwo nie było wykładem czy instruktażem, lecz świadectwem żywej obecności Wcielonego Boga. Szymon nie głosił nauk o Jezusie, lecz Jezusa. Czym bowiem ewangelizator ma zapalić serca? Mądrością wywodów? Gładkością sformułowań? Potępieniem wszelkiego zła? Jeśli żyje w obecności Boga, niech o tym właśnie opowie, o tamtych sprawach nie zapominając, ale i nie przesadzając. Szymon jak nauczał, tak też i żył, i tak umarł – niosąc pomoc dotkniętym zarazą, która w 1482 r. przetoczyła się przez Kraków.

Bł. Władysław z Gielniowa

Kolejny z naszej czwórki, bł. Władysław z Gielniowa (ok. 1440-1505) zwraca naszą uwagę na język, jakim posługujemy się w głoszeniu. Skoro ewangelizacja jest przekazem wiary w Jezusa, ma wiele wspólnego z zwyczajną komunikacją. Nie skomunikuję się z drugim człowiekiem, jeśli będę używał kosmicznego języka, jeśli moje słowa nie staną się zrozumiałe, dostosowane do poziomu wykształcenia i wrażliwości słuchacza. Wciąż wielkim wyzwaniem ewangelizacji jest znalezienie takich środków przekazu, które mogłyby trafić do serca. Przed tym wyzwaniem stał również Władysław. Znalazł sposób: śpiew po polsku. Choć za ojca literatury polskiej obrano Mikołaja Reja, Władysław pięćdziesiąt lat wcześniej już układał pieśni w ojczystym języku. Były to dopracowane utwory wielkiej urody, nie żadne proste rymy. Dzieło twórcze podjęli inni, tak że choć tylko kilka pieśni możemy z pewnością przypisać Błogosławionemu, szybko kościoły zaczęły rozbrzmiewać śpiewem nie tylko łacińskim, ale i polskim. Władysław zwraca nam uwagę, byśmy używali całej pomysłowości przy głoszeniu Słowa, zgłębiając nie tylko tajemnice Bożego Serca, ale i meandry ludzkiej umysłowości i wrażliwości.

Sługa Boży Rafał z Proszowic

Ostatnia postać, Rafał z Proszowic (1453-1534) nosi oficjalnie tytuł Sługi Bożego, choć w Warcie, gdzie jest pochowany, ludzie wprost nazywają go błogosławionym. Gruntownie wykształcony – najpierw studia na Akademii Krakowskiej, po wstąpieniu zaś w studium zakonnym. Miał szczęście do dobrych, roztropnych przewodników, takich jak Sługa Boży Świętosław zwany Milczącym, spowiednik przy Kościele Mariackim, czy Jan Vitreator, profesor. Sam stał się takim roztropnym przewodnikiem. Cztery razy wybierano go na urząd prowincjała, nawet wtedy, gdy siwizna przyprószyła już jego głowę. Do obowiązków prowincjała należało wizytowanie klasztorów, Rafał był zatem nieustannie w drodze. Na tej służbie zastała go siostra śmierć. Pochowany jest w małej Warcie k. Sieradza dlatego, że to był przystanek na jego drodze. Był dobrym żołnierzem Jezusa Chrystusa, nie bał się trudów i przeciwności. Wiedział, że bycie sługą Pana kosztuje, lecz nie bał się ponieść wydatków, nie bał się ofiary z samego siebie. Za bycie głosicielem Ewangelii płaci się samym sobą.

Zdjęcie tytułowe: Z. Put, Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Church_of_St._Bernardine_of_Siena,_chapel_of_St._Szymon_of_Lipnica,_1944_stained_glass_window_design._J%C3%B3zef_Mehoffer,_2_Bernardy%C5%84ska_street,_Krak%C3%B3w,_Poland.jpg

Duszpasterzuje w Łodzi. Niestrudzony badacz nauki, kultury i wszystkiego, co może zbliżyć do siebie niebo i ziemię.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy