Mówią do mnie „tato”
„Znacznie łatwiej znaleźć dziś stronę internetową oferującą adopcję psa niż dziecka”. To świat, w którym „zamiast mamy i taty jest pani i pan”, a „przed wejściem wisi urzędowe godło”. Gdzie „serce ściska prozaiczne składanie skarpetek”, wychowankowie „wracają do systemu jak bumerang”, a „krew i łzy są zawsze prawdziwe”. O miejscu, które „z definicji jest tymczasowe”, ale dla wielu staje się domem, w którym czasem – zupełnie mimowolnie – mówią do mnie „tato”.
Znacznie łatwiej znaleźć dziś stronę internetową oferującą adopcję psa niż dziecka. Po czworonogi ustawiają się kolejki, a na dzieci czekają nieliczni. Zazwyczaj pary, które nie mogą mieć własnego potomstwa, ale bardzo go pragną. Dla nich adopcja to często ostateczność, plan B, gdy in-vitro zawodzi lub gdy świadomie z niego rezygnują. Część maluchów ma szansę na nowy dom w rodzinnej pieczy zastępczej. Reszta jest „lokowana” w placówkach opiekuńczo-wychowawczych. Ale nie sposób zliczyć tych, którzy nie mieli nawet tego „szczęścia”, by decyzją sądu trafić do systemu. Zostali tam, gdzie króluje przemoc, alkohol i chaos. Gdzie nie zna się smaku wigilijnego barszczu ani ciepłego przytulenia w dniu urodzin. Kiedy słucham historii moich wychowanków, mam wrażenie, że ktoś usiłuje wywrócić porządek rzeczy. Zrobić na przekór normalności, którą znam – tej opartej na pracy, odpowiedzialności i miłości.
Spójrzmy prawdzie w oczy – a raczej w tabelki, bo one nie kłamią, choć potrafią przerazić. Pod koniec 2024 roku w systemie tkwiła armia ponad 77 tysięcy dzieci. To o 2,6% więcej niż rok wcześniej. Tyle z szumnych zapowiedzi o „deinstytucjonalizacji”, czyli mądrego słowa oznaczającego po prostu zamykanie domów dziecka. Zamiast znikać, nasze placówki pęcznieją. Za tymi liczbami kryją się dwa światy. Ten lepszy – rodziny zastępcze, gdzie dzieciaki mają szansę dorosnąć w normalnym domu. I ten drugi, mój świat – świat instytucji.
Wbrew temu, co widzi się w świątecznych reklamach, nie prowadzimy „sierocińców”. To mit. Prawdziwych sierot mieliśmy w systemie garstkę – niespełna czterysta. Reszta, czyli dziesiątki tysięcy dzieciaków, ma rodziców. Tyle że ci rodzice zawiedli. Najgorsza jest jednak „matematyka wyjścia”. Gdy nastolatek kończy 18 lat, system często umywa ręce. W 2024 roku adopcja dotyczyła promila wychowanków (4,5%). Znacznie częściej, bo w ponad 40% przypadków, dzieci wracają do tych samych biologicznych rodzin, z których je zabrano. A reszta? Rusza w dorosłość z reklamówką w ręku. Statystyki są nieubłagane: setki z nich nigdy nie staną na własnych nogach.
Są jeszcze placówki typu rodzinnego. To systemowy margines, zaledwie 8 proc. całego tortu pieczy instytucjonalnej. W papierach to wciąż „instytucja”, ale dla dzieciaków funkcjonują niemal jak normalny dom. I właśnie dlatego te miejsca stają się pułapką dla systemu. Rzadko bywają przystankiem w drodze do adopcji czy powrotu do biologicznych rodziców. Dzieci w nich nie rotują, ale zostają na lata. Wskaźnik zmian jest tu najniższy w całym systemie (zaledwie 13 proc.). Efekt? Te domy błyskawicznie się „korkują”. Przestają być realną alternatywą dla nowych dzieci trafiających do systemu, bo zamiast miejscem krótkotrwałej interwencji, stają się po prostu miejscem dorastania.
Nocny dyżur. Najpierw utulenie do snu, rano pobudka, śniadanie, szkoła. A pomiędzy – pranie. Kiedy suszarka kończy robotę, trzeba te ubranka poskładać i na palcach poroznosić do pokoi, żeby nikogo nie obudzić. Człowiek uodparnia się na tragedię, to mechanizm obronny. Ale rozkłada mnie prozaiczne składanie skarpetek. Są wielkości mojego kciuka. Koszulki z „Psim Patrolem”, spodenki w dinozaury, to wszystko krzyczy o ich niewinności i beztrosce, którą im odebrano.
Wracając ze szkoły mówimy: „jedziemy do domu”. Ale dzieci wiedzą, że to ściema. Możemy stawać na rzęsach, ale przed wejściem wisi urzędowe godło, a na korytarzach świecą zielone tabliczki „Ewakuacja”. Zamiast mamy i taty jest „pan” i „pani”. Do jednych rodzice przyjeżdżają, innym sąd pozwala na przepustkę w święta. Na pozostałych wszyscy się wypięli. Mają tylko nas. I choć każdy dzieciak marzy o powrocie do prawdziwego domu, statystyka nie jest taka łaskawa. Część faktycznie wróci, reszta trafi do adopcji, o ile sąd zdąży odebrać rodzicom prawa. W 2024 roku uregulowaną sytuację prawną miało 7,5 tys. dzieci. Do ośrodków adopcyjnych zgłoszono nieco ponad połowę z nich.
Teoretycznie pobyt dziecka w pieczy zastępczej ma charakter tymczasowy. Ma trwać tylko do momentu, gdy sytuacja w domu się poprawi i powrót stanie się bezpieczny. W praktyce jednak ta poprawa zdarza się rzadko, a jeśli już, często bywa krótkotrwała. Dziecko wraca więc do systemu jak bumerang.
Część rodziców, którym odebrano dzieci, rzeczywiście staje na głowie, by je odzyskać. Czy kieruje nimi miłość, czy raczej utrata świadczeń, które często były jedynym źródłem utrzymania? Tego nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć. Jedno jest pewne: podczas wizyt robią wszystko, by wypaść jak najlepiej. Obiecują „nowe życie”, opowiadają o wyremontowanym pokoju, snują wizje wspólnej, szczęśliwej przyszłości. Nie możemy tych kontaktów tak łatwo ograniczać. Zresztą dla dziecka rodzic — nawet ten najgorszy — pozostaje ukochany. I tu pojawia się paradoks, bo brud, alkohol i chaos były dla nich normą. Tymczasem to, co zastają u nas — stały rytm dnia, zdrowe jedzenie, cisza i jasno postawione wymagania — jest tak obce, że przez pierwsze miesiące toczymy prawdziwą walkę, by w ogóle zostało zaakceptowane.
Kiedy czyta się artykuły publikowane przez media, łatwo odnieść wrażenie, że dzieci w pieczy zastępczej to biedne sierotki, nad którymi pochylają się sponsorzy, zasypując je świątecznymi prezentami, a placówki regularnie doposażając w nowy sprzęt. To jednak perspektywa z zewnątrz, wygodna i bezpieczna. Dobrze jest przyjść na chwilę, pożałować, sprawić uśmiech prezentem i wyjść, zanim przesiąknie się trudną atmosferą. Od środka wygląda to zupełnie inaczej.
Kiedy na urodziny jednego z wychowanków przyszli koledzy ze szkoły, wszystko było piękne i wzruszające. Ale gdy w rozmowie padł pomysł wspólnej wizyty w domu jednego z nich, entuzjazm rodziców szybko zgasł. Nagle nie byli już tacy chętni i otwarci. I być może nie ma się czemu dziwić. Odpowiedzialność za dziecko objęte opieką instytucjonalną jest większa, a w tle pojawia się lęk: czy damy radę? Czy podołamy opiece nad dziećmi, z których przynajmniej jedno niesie ze sobą bagaż zaniedbań i deficytów wychowawczych, nie zawsze reagując na „standardowe” metody? W efekcie wychowankowie pieczy zastępczej często zostają sami, na marginesie społecznej otwartości.
Na podobne zjawiska zwraca uwagę Najwyższa Izba Kontroli. Jej raport jasno pokazuje, że rozwój rodzinnej pieczy zastępczej, czyli tej bardziej domowej niż instytucja, w Polsce wciąż przebiega zbyt wolno. Brakuje kandydatów do pełnienia roli rodzica zastępczego, a wsparcie państwa dla istniejących rodzin jest niewystarczające. Wsparcie finansowe pozostaje niskie, poczucie bezpieczeństwa zawodowego iluzoryczne, a dostęp do specjalistycznych usług dla dzieci ograniczony. Zmiany legislacyjne postępują ślamazarnie, a promocja pieczy rodzinnej często kończy się na kilku ogłoszeniach w internecie i symbolicznych wydarzeniach. W efekcie samorządy nadal utrzymują zbyt wiele domów dziecka, droższych, mniej efektywnych i znacznie mniej przyjaznych dzieciom. Odejdziemy od opieki instytucjonalnej nie dzięki kolejnym przepisom, lecz dopiero wtedy, gdy rodziny zastępcze otrzymają realne, systemowe wsparcie.
Mówi się, że „łobuz kocha najbardziej”. Tylko czy łobuza rzeczywiście da się kochać najbardziej? Obraz dzieci uśmiechniętych pod stertą prezentów nie zmienia faktu, że te dzieci często nie są wdzięczne. I właśnie tu pojawia się pułapka. Jeśli w tej pracy szuka się wdzięczności — tej najbardziej oczywistej nagrody za to, że zrobiło się coś dobrego — rozczarowanie jest niemal gwarantowane.
Chyba że mówimy o najmłodszych. Maluchy potrafią okazywać wdzięczność, ale być może tylko dlatego, że są jeszcze za małe, by rozumieć, dlaczego tu są i skąd przybyły. Żyją tak, jakby to miejsce było ich domem. Pamiętam sytuację, gdy po bardzo długiej rozłące przyjechała do jednego z nich mama. Nie widzieli się od miesięcy. Dziecko jej nie poznało. To często te same maluchy, które wzorowo mówią do nas „proszę pani”, „proszę pana”, a czasem — zupełnie mimowolnie — zwrócą się „tato”.
Starsze dzieci są inne. Ich obecność częściej zaznacza się żalem, że nie dostały wymarzonego prezentu, na który placówki nie było stać; chowaniem słodyczy pod łóżkiem, żeby móc oderwać kawałek czekolady w „niesłodyczowy” dzień; albo niszczeniem i bałaganem. „Bo to nie mój dom. To dom jakichś obcych ludzi” — mówi jeden z wychowanków, próbując zdemolować pokój. Im trudniejsze zachowanie, tym mniejsze poczucie sprawczości, sukcesu i satysfakcji tu i teraz. Ale to nie znaczy, że ich nie ma. One po prostu rozkładają się w czasie. Zresztą nie po to tam jesteśmy, żeby zbierać laury za skuteczne wychowanie.
Z czasem definicja sukcesu się zmienia. Dziś wiem, że sukcesem rzadko jest „happy end”. Częściej to po prostu uchronienie dziecka przed kolejną krzywdą. To nie jest praca policjanta. Tam za wykroczenie jest mandat i sprawa zamknięta. Tutaj, gdy wychowanek łamie zasady – a robi to często, testując granice do bólu – nie mogę go po prostu ukarać. Muszę znaleźć sposób, by go „leczyć”. A to bywa niemiłosiernie trudne, zwłaszcza gdy sam nie mam dzieci. Na szczęście pracuję z matkami. Doświadczenie moich koleżanek to najlepszy kompas, to one pomagają mi odróżnić zwykły nastoletni bunt od traumy, która wymaga interwencji.
Najtrudniejsza w tym wszystkim jest pułapka „domu-biura”. To miejsce ma być domem, ale jest zakładem pracy. Musi być rozliczalne. W papierach wszystko musi się zgadzać: plan dnia, godziny snu, posiłki. Ale życie nie mieści się w tabelkach. Pamiętam rodzeństwo, które niedawno wróciło do rodziców. Jedno z dzieci było „uciążliwe” – nie chciało spać, ciągle gadało, domagało się uwagi. System kazałby egzekwować ciszę nocną. Intuicja kazała poluzować zasady. Czasem nagięcie regulaminu daje więcej niż twarda dyscyplina.
Po dyżurze marzę tylko o jednym: o ciszy. Próbuję nie zabierać tej pracy do domu, bo zbyt łatwo przesiąknąć cudzym nieszczęściem. Staram się nie myśleć jak mają się sprawy, kiedy nie ma mnie w placówce, ale to trudne. Miło słyszeć, że dzieciaki pytały o mnie, gdy miałem wolne. Czy to znaczy, że jestem dla nich ważny? Nie wiem. Może nie powinienem się nad tym zastanawiać. Liczy się to, co tu i teraz, to co mogę dla nich zrobić. Bo w tej pracy „koniec zmiany” to pojęcie teoretyczne. Gdy dzieciak rozcina głowę pół godziny przed moim wyjściem, chociaż mam już zaplanowaną resztę wieczoru z kumplami, nie mówię: „to problem nocnej zmiany”. Wsadzam go w samochód i jadę w śnieżycy na SOR. Nawet jeśli oznacza to, że mój dyżur potrwa niemal dobę. Bo choć to instytucja, krew i łzy są tu zawsze prawdziwe. Czasami trzeba być człowiekiem, a nie pracownikiem.
W końcu na usta cisną się pytania: jaka jest odpowiedź na zło, które dotyka niewinne dzieci? Prawda jest taka, że nie ma na nie dobrej odpowiedzi – a już na pewno nie takiej, która dawałaby pełne poczucie satysfakcji. Jedyne, co można powiedzieć, to to, co warto usłyszeć znacznie wcześniej. Do przyszłych rodziców, którzy noszą się z zamiarem posiadania dziecka, powiedziałbym jedno: przemyślcie to.
Nie chodzi o to, by zapewnić dziecku bogactwo – w domu nie musi się przelewać. Chodzi o obecność. I to obecność prawdziwą, nie tylko fizyczną. Ciałem byli przy tych dzieciach także ich rodzice. Problem w tym, że ich myśli były gdzie indziej: zamglone alkoholem, ucieczką w rozrywkę, gorączkowym planowaniem kolejnego weekendu, działaniem w afekcie. Jakby zabrakło dojrzałości, by zrozumieć, że złość, gniew czy zazdrość nie są impulsem do działania, ale sygnałem, by się zatrzymać.
Tym dzieciom może pomóc tylko ten, kto zdecyduje się dźwignąć razem z nimi ciężar dramatu. Kto nie obiecuje cudów, ale zostaje. I idzie z nimi dzień po dniu.