Kultura i sztuka

Krzyż, fajka i kufel piwa

Tłusty Czwartek to dzień specjalnie przeznaczony na objadanie się. Kiedy wypada? To ostatni czwartek przed Środą Popielcową. Taką samą genezę ma karnawał – od łac. carne vale – „żegnaj mięso”. Staje się to jaśniejsze, jeśli uświadomimy sobie, że niegdyś Wielki Post oznaczał o wiele surowsze praktyki postne, m.in. powstrzymanie się od mięsa przez cały ten okres. Dlatego obok Postu wykształciło się inne zjawisko, zgoła nieliturgiczne, jakim jest karnawał. Jak bowiem napisała w swym pamiętniku bł. Natalia Tułasiewicz, święty nie chodzi tylko w zgrzebnym habicie, ale również w smokingu i sukni balowej. Podobnie umiał to połączyć Gilbert Keith Chesterton, gigant ciała i ducha, prawdziwy mistrz, który mówi nam o niesamowitej radości życia bez uciekania od jego trudnych i bolesnych stron.

Na ostatnie dni karnawału chciałbym zaproponować sylwetkę, która dobrze rozumiała to wyważenie, pomimo faktu, że była ogromna sylwetka i była zdecydowanie przeważona. Nasz bohater toczył się przez londyńskie ulice niczym wielka kula armatnia. Raz chwalił się, że ustąpił miejsca w autobusie… trzem damom na raz. Zapytywany o kilogramy opowiadał z uśmiechem, że nikt jego wagi jeszcze nie zmierzył. Na szczycie tego ogromnego ciała znajdowała się głowa, która wcale nie była ociężała. Mistrz ciętej riposty, król paradoksu, człowiek, który potrafił pisać książkę i jednocześnie dyktować maszynistce list. A przy tym nieprawdopodobna gapa, niczym słoń w składzie porcelany. Kiedy pytano go zaś, dlaczego został katolikiem, odpowiadał, że w katolicyzmie jest miejsce i na krzyż, i na fajkę, i na kufel piwa. Taki był Gilbert Keith Chesterton (1874-1936).

Anegdot o Chestertonie krąży bardzo wiele. Znana była jego chęć prowadzenia dysput i sporów oraz zaangażowanie społeczne, równie wielkie jak oddawanie się rozkoszom podniebienia. W gazecie wydrukowano kiedyś fotografię przedstawiającą go, gdy razem z dwoma przyjaciółmi układali protest-song przeciw wycinaniu drzew na ulicach. Szybko rozniosła się plotka, że tak naprawdę Chesterton zapisywał po prostu adres nowego pubu, podobno świetnego. Kiedyś pomylił własny dom z innym. Mocującego się z zamkiem naszedł policjant i zapytał, czy jest pewien, że to jego dom. Pisarz odpowiedział, że jest o tym przekonany, gdyż w środku znajdują się jego żona oraz jego ulubione kapcie. Kto wie, czy ta historia nie stała się inspiracją do napisania „Żywego człowieka”, w której pewien mężczyzna zostaje oskarżony o utrzymywanie licznych i podejrzanych pozamałżeńskich kontaktów z kobietami, bo czy w końcu jest normalne, by wchodzić do domu przez okno na piętrze? Tymczasem kobieta była tylko jedna, własna żona, a powodem zamieszania okazała się chęć głównego bohatera do nieustannego zdobywania jej na nowo. „Narzekanie, że wolno mi się tylko raz ożenić, przypominało według mnie narzekanie, że wolno mi się było tylko raz urodzić” – pisał w jednym z artykułów, lecz jednocześnie dodawał, że zmienność kobiety jest jedną z jej największych zalet, i ktoś, kto ma porządną żonę, może być pewien, że pod względem duchowym ma cały harem.

Inna miejska legenda głosiła, że w jego lasce kryje się szpada, a w kieszeni – nabity rewolwer. Nie była to tylko legenda. Sam Chesterton przyznał, że idąc na własny ślub wstąpił do sklepu z bronią i kupił takową, bo – jak stwierdził – skoro będzie miał żonę, będzie jej musiał bronić przed rabusiami. W czasie ceremonii ślubnej rewolwer cały czas był w kieszeni. Być może legenda zrodziła się z tego, że inna postać z jego książki „Człowiek, który był Czwartkiem”, detektyw przenikający w struktury grupy anarchistów, dzierży dumnie laskę z ukrytym ostrzem, a w kieszeni trzyma nabity pistolet (oraz kwartę wódki). Jest zresztą w tej powieści inna postać, która może być alter ego Chestertona. To olbrzymi jegomość o tajemniczym pseudonimie Niedziela, człowiek o wielkiej inteligencji i równie wielkim roztargnieniu. Połowa akcji dzieje się w kawiarniach, knajpach i restauracjach, gdyż co rusz bohaterowie powieści dochodzą do wniosku, że są głodni, i postanawiają resztę dyskusji połączyć z konsumpcją.

Jedną z mniej znanych książek jest „Latająca gospoda”. Być może przed stu laty wizja przejęcia Wielkiej Brytanii przez rząd muzułmański i wprowadzenia zakazu spożywania alkoholu wydawała się o wiele bardziej nieprawdopodobna niż powieści sci-fi typu „Wehikuł czasu” Wellsa. Okazuje się, że Chesterton był prorokiem. Aż dziw, że nikt nie zestawił go jeszcze z Amelią o fioletowych włosach, bohaterką obecnie trwającej na Wyspie wojny na memy. A szkoda. Chesterton może wprowadzić do dyskusji publicznej dużo świeżości, i to nie z powodu jego poglądów, lecz stylu bycia. Jego poglądy były zdecydowane, bardzo zdecydowane. Odważnie występował w obronie wiary, normalności, tradycji i prostego człowieka, uciemiężonego przez system. Przez kilkadziesiąt lat zasypywał swoimi artykułami redakcje angielskich gazet („Cóż byłyby warte moje słowa, gdyby nie były warte sprzeczki?” – pyta retorycznie jeden z bohaterów jego powieści). Nie było w nim jednak cienia nienawiści. Tych, których krytykował, zaliczał jednocześnie do grona znajomych, jak choćby wspomnianego Wellsa czy Bernarda Shawa, z którym nie zgadzał się we wszystkim, i którego nazywał największym przyjacielem. Zwalczał poglądy, lecz kochał człowieka:

„Biblia mówi nam, abyśmy kochali naszych bliźnich, a także naszych wrogów, prawdopodobnie dlatego, że to przeważnie ci sami ludzie.”

Duszpasterzuje w Łodzi. Niestrudzony badacz nauki, kultury i wszystkiego, co może zbliżyć do siebie niebo i ziemię.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy