Czy katolicy mogą mieszkać razem przed ślubem?
To jeden z najbardziej palących, a jednocześnie najciszej zamiatanych pod dywan dylematów współczesnego katolicyzmu: wspólne zamieszkanie przed ślubem. Dla większości społeczeństwa ten dylemat jest iluzoryczny. To po prostu ekonomiczna kalkulacja i logiczny krok. Ale dla tych, dla których wiara jest moralnym kompasem, ta prosta decyzja staje się miną moralną, testem lojalności i potencjalnej hipokryzji. Opinie w Kościele są spolaryzowane do granic absurdu. Od surowego oskarżenia o cudzołóstwo, po pragmatyczne i naiwne testowanie związku. Czy w tej dyskusji istnieje w ogóle przestrzeń na moralnie uzasadniony kompromis? Pora odłożyć na bok wygodne uogólnienia i spróbować podjąć wyzwanie obrony najbardziej niepopularnego stanowiska. Pokażemy, jak można je uzasadnić, wykraczając poza rzadko rewidowane, zasiedziane podejście.
Wspólne mieszkanie przed ślubem – czy to grzech?
Wspólne mieszkanie przed ślubem – czy to grzech? Powierzchowna odpowiedź brzmi: nie, to znaczy, że mogą? Kwestia nie jest prosta. Kościół katolicki nigdy nie zajął oficjalnego i bezwzględnie potępiającego stanowiska wobec samego faktu wspólnego zamieszkania. To, co potępia, to akty nieuporządkowane. Zatem wspólny adres sam w sobie nie jest problemem. Mamy tu do czynienia z szerokim polem interpretacji moralnej, ponieważ samo mieszkanie jest moralnie obojętne. Opowiadam się więc za tą tezą, ale jednocześnie nie polecałbym tego wyboru wszystkim, ponieważ neutralność czynu łatwo staje się okazją do upadku. Aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, musimy sięgnąć do fundamentów moralności. Katechizm uczy, że ocena każdego ludzkiego działania zależy od trzech elementów: przedmiotu, intencji oraz okoliczności. O ile sam przedmiot działania (wspólny wynajem mieszkania) jest obojętny, o tyle intencje i okoliczności decydują o wszystkim. Na przykład słuchanie muzyki jest obojętne, ale złośliwe włączenie jej na maksymalną głośność o trzeciej nad ranem czyni czyn złym. Podobnie okoliczności; nie mogą one zmienić złego działania w dobre, ale mogą drastycznie zwiększyć odpowiedzialność moralną. Dlatego o ile wynajęcie mieszkania nie jest grzechem, o tyle nagromadzenie nieodpowiednich intencji i okoliczności wielokrotnie sprawi, że to pozornie neutralne działanie stanie się najgorszą z możliwych decyzji.
Staram się być daleki od osądzania innych, bo jak mówi Pismo: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni (Mt 7,1). Dlatego nie mogę przytakiwać na próby osądzania tej sprawy przez twórców różnych opinii, którzy z góry zakładają, że we wspólnym mieszkaniu króluje grzech. Ot tak, bez żadnych dowodów, wielu wydaje werdykt, a wysnuwane przez nich argumenty nie mają niekiedy oparcia w nauce moralnej, a wręcz obrażają zdrowy rozsądek. Chciałbym zatem zaoferować polemikę, która z jednej strony spróbuje podważyć, moim zdaniem, niektóre niezasadne argumenty, a z drugiej będzie wskazówką do podjęcia własnej, przemyślanej i odpowiedzialnej decyzji, która zamiast zła, przyniesie jakieś dobro. Nie chcę też przekonywać, że to idealny pomysł dla zakochanych. Nie, na to trzeba byłoby poświęcić znacznie szersze opracowanie. Mogę jedynie zaproponować swój głos w toczącej się debacie, jako pomoc przy wyrobieniu własnej opinii. Zatem, porzućmy dywagacje nad zasadnością wspólnego mieszkania przed ślubem i skupmy się: czy jeśli zamierzamy albo już mieszkamy razem, to wpadamy w sidła zła?
Odpowiedzialność moralna i rozeznanie
Zanim o tym, muszę zatrzymać się jeszcze na moment. Potrzeba nam takiej refleksji, gdyż jako ludzie ponosimy odpowiedzialność moralną za swoje życie, czyli za poszczególne, nawet najmniejsze decyzje. To jest przeciwieństwo czynu człowieka, czyli działania bez pełnej świadomości i wolności, które wykonują także inne istoty. W takim czynie nie ujawnia się nasza podmiotowość. Mówimy, że tylko coś się dzieje i za to nie ponosilibyśmy odpowiedzialności. Ale w naszej sprawie mamy w pełni do czynienia z czynem ludzkim, a więc dobrowolnym i świadomym, który jest poprzedzony rozeznaniem dobra przez rozum i wolę, a w następstwie – podjęciem decyzji o osiągnięciu albo odrzuceniu danego dobra. Za to w pełni ponosimy odpowiedzialność moralną. Owa refleksja niech więc będzie dla nas wskazówką, byśmy podjęli odpowiedzialność za nasze życie i nasze decyzje, które zawsze będą kierowały się ku właściwemu celowi.
Najczęstsze argumenty przeciwko wspólnemu mieszkaniu
Opozycjoniści mojego poglądu argumentują swoje stanowisko na wiele sposobów, tworząc materiał na obszerną książkę. Udało mi się przejrzeć kilkanaście stron, ale tylko w języku polskim, przeanalizować opinie i zgrupować je w trzy ogólne grupy argumentów. Odpowiedzi na nie będą całkowicie moimi przemyśleniami, bowiem o ile samych argumentów przeciwko jest dużo, to polemiki i zdania przeciwne są już trudniejsze do zgeneralizowania. Każdy bowiem podaje za odpowiedź własne przemyślenia albo swoją sytuację życiową.
Przechodząc do sedna polemiki. Z perspektywy rygorystycznej nauki moralnej wspólne mieszkanie pary katolików przed ślubem jest jednoznacznie grzechem, ponieważ:
- para żyje na wzór małżeński, choć nie ma ślubu;
- jest to wystawianie się na pokusę, nieuchronnie prowadzącą do współżycia i niemożliwości otrzymania rozgrzeszenia;
- stanowi zgorszenie.
Pierwszy argument (1), że wspólne zamieszkanie jest grzeszne, ponieważ imituje życie małżeńskie, odwołuje się wprost do definicji Kościoła. Przypomnijmy, Prawo Kanoniczne mówi, że Małżeńskie przymierze, przez które mężczyzna i kobieta tworzą ze sobą wspólnotę całego życia, skierowaną ze swej natury na dobro małżonków oraz na zrodzenie i wychowanie potomstwa, zostało między ochrzczonymi podniesione przez Chrystusa Pana do godności sakramentu (Kan. 1055 § 1). Teoretycznie, parze narzeczeńskiej, która nie spełnia warunków małżeństwa, zarzuca się, że bezprawnie tworzy taką wspólnotę. Uważam jednak, że to mylące uproszczenie. Prawdziwa wspólnota całego życia wykracza daleko poza wspólny adres i dzielenie obowiązków. Obejmuje ona dozgonne i nierozerwalne połączenie dóbr, życia oraz losu i nie tylko w sferach ekonomicznej czy społecznej, ale przede wszystkim w sferze duchowej. Definicja ta wymaga przymierza woli, które tworzy nowy stan życia, rodząc unikalne, wzajemne prawa i obowiązki małżeńskie oraz zobowiązanie do osobistego, całkowitego oddania. Narzeczeństwo, nawet mieszkające pod jednym dachem, nie zawiera w sobie trwałości i dozgonności tej nowej konstytutywnej woli, która jest esencją sakramentalnego życia małżeńskiego. Nie można utożsamiać mieszkania z przymierzem.
Logicznie rzecz biorąc, narzeczeństwo, a tym bardziej wspólnie zamieszkująca para, nie konstytuuje wspólnoty całego życia w sensie kanonicznym. Brakuje jej fundamentalnego elementu: dozgonnej trwałości. Narzeczeni mogą się rozstać, podczas gdy węzeł małżeński, nawet w przypadku separacji, trwa wiecznie. Ponadto, brakuje jej sakramentalnego charakteru totalnego daru z siebie, będącego esencją przymierza woli. Para tworzy zatem pewną wspólnotę, ale nie jest to wspólnota całego życia. Nawet jeśli ten związek zawiera elementy tożsame z życiem małżeńskim (np. wspólne finanse, obowiązki domowe), to są to komponenty uniwersalne, które występują również w innych, moralnie neutralnych układach, choćby wśród studentów dzielących stancję. Wspólne mieszkanie nie czyni z pary małżeństwa. Dopóki więc dane cząstki – kiedy są oderwane od przymierza małżeńskiego – nie są same w sobie złe ze swej natury (jak na przykład współżycie pozamałżeńskie), dopóty samo mieszkanie grzechem nie jest.
Czasem jeszcze mówi się, że wchodząc w buty małżeńskie przed ślubem, traci się pierwszość i tajemniczość odkrywania pewnych rzeczy dopiero po ślubie. Utrata pierwszości w kontekście logistyki i doznań emocjonalnych po ślubie jest faktem, lecz jest to argument oparty na błędnym przesunięciu celu. Ta świecka nowość jest efektem ubocznym, a nie sednem. Prawdziwa pierwszość dotyczy bowiem samego sakramentu, a nie chronologii doświadczeń. Można przecież całe życie wyczekiwać i odkładać na nurkowanie w egzotycznych wodach lub na upragniony wyjazd w góry. Takie oczekiwanie ma za zadanie jedynie podkręcać subiektywne doznania; jest to wybór oparty na gratyfikacji, który jest nieporównywalny z istotą małżeństwa. W ogóle nie chodzi tu o te drugorzędne elementy, lecz o łaskę sakramentalną. Jest to dar Boży, który jest unikatowy i niedostępny poza aktem sakramentalnym, co czyni go jedyną, niezbywalną i najważniejszą pierwszością w małżeństwie. Po drugie, argument dotyczący tajemniczości błędnie definiuje istotę relacji. Małżeństwo jest nie jednorazowym aktem odsłaniania, lecz dynamicznym i ciągłym procesem poznawania, które trwa całe życie. Co więcej, nie każda tajemnica ma pozytywną wartość. W kontekście wspólnego życia, tajemniczość zbyt często jest mylona z jawną nieznajomością codziennych nawyków, temperamentu czy rzeczywistych wad partnera. Taki brak realistycznej wiedzy o funkcjonowaniu drugiej osoby na co dzień nie jest źródłem romantycznego odkrywania, lecz wręcz przeciwnie, stanowi podatny grunt pod późniejsze konflikty, rozczarowania i kryzysy małżeńskie, uderzając w fundament, jakim jest realizm i dojrzałość
Istnieje oczywiście niepodważalne ryzyko, że przyjęcie rozwiązania wspólnego mieszkania z elementami charakterystycznymi, nawet moralnie obojętnymi dla małżeństwa, może zostać potraktowane przez świat jako praktyczna alternatywa dla sakramentu. Taka kohabitacja – zwłaszcza gdy jest świadomym, długotrwałym wyborem – z definicji wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i wymaganiami. Nasze rozważania dotyczą jednak par wierzących i praktykujących, które chcą mieszkać wspólnie bez uwikłania w grzech. Rodzi się tu fundamentalne pytanie: Po co taki trud? Czy dla nich mieszkanie nie powinno być wyłącznie przejściowym epizodem, prowadzącym bezpośrednio do ślubu? Życie w ciągłym, ukrywanym napięciu jest bezsensowne. Prawda jest bowiem taka: znacznie łatwiej jest wziąć ślub, niż tak się męczyć. A może należy wziąć do siebie dosadną, choć lekko kąśliwą radę św. Pawła: Lecz jeśli nie potrafiliby zapanować nad sobą, niech wstępują w związki małżeńskie! Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie, niż płonąć (1Kor 7,9). Pozostawiam ten dylemat otwarty, ponieważ jego rozstrzygnięcie wymagałoby osobnego studium. Łatwiej jest bowiem odpowiedzieć w przypadku osób luźno lub wcale związanych z Kościołem. Dla par, które chcą czystości, wspólny adres natychmiastowo prowadzi nas do drugiego i najpoważniejszego zarzutu.
Druga kwestia (2), dotycząca wystawiania się na pokusę, jest już znacznie bardziej skomplikowana i zależy od osobistych uwarunkowań danej pary. Problem koncentruje się wokół kluczowego pytania: czy narzeczeni potrafią powstrzymać się od współżycia?
Możemy wyróżnić dwie zasadnicze postawy:
- Para potrafi powstrzymać się, a życie w czystości nie niesie za sobą negatywnych reperkusji (frustracja, onanizm, zdrady itp.). Należy tu pamiętać o ostrzeżeniu św. Pawła, który mówił o zbyt długotrwałej rozłące małżonków: aby – wskutek niewstrzemięźliwości waszej – nie kusił was szatan (1Kor 7,5)
- Para nie potrafi powstrzymać się, próbuje, lecz to nie wychodzi, lub też wcale nie chce się powstrzymywać.
W drugim przypadku, gdzie stosunki pozamałżeńskie są już grzechem samym w sobie, należy rozdzielić sam akt od okoliczności. Jeśli jednak ten grzech jest bezpośrednio spowodowany tym, że wspólne zamieszkiwanie stało się dla nich konkretną i stałą okolicznością powodującą grzech nieczystości, wówczas nie tylko sam akt seksualny jest grzeszny, ale i wspólne mieszkanie staje się grzechem. Dzieje się tak, ponieważ dobrowolne i świadome narażanie się na grzech, jeśli nie jest uzasadnione jakimś poważnym powodem (czasem podaje się biedę i wspólne gospodarowanie, jako przeciwdziałanie temu), jest obiektywnie złe. Taka okoliczność naturalnie wyklucza także możliwość uzyskania rozgrzeszenia. Nawet jeśli w domyśle towarzyszą nam dobre chęci, brakuje tutaj konkretnych czynów i mocnego postanowienia poprawy, kluczowego warunku ważnej spowiedzi. Konkluzja jest jednoznaczna. Jeśli realną szansą na zerwanie z grzechem nieczystości jest wyeliminowanie okoliczności, najlepszym rozwiązaniem pozwalającym na życie w łasce sakramentalnej jest natychmiastowa wyprowadzka.
Rozważając pierwszy przypadek – par, które potrafią żyć w czystości – zauważmy, że wspólne mieszkanie jest okazją do dogłębnego poznania partnera w różnych sytuacjach, które wywołują pożądanie. Często wymienia się pozorne błahostki, takie jak chodzenie w piżamie, przebieranie się, czy nawet – jak bywa cytowane – fantazjowanie o partnerze biorącym prysznic za ścianą. Nawiasem mówiąc, jeśli w tych i innych okolicznościach zupełnie nie czuje się pożądania, może to być sygnał alarmowy o braku pociągu fizycznego. Należy jednak pamiętać, że samo pożądanie nie jest grzechem. Jest ono grzeszne tylko wtedy, gdy zostaje świadomie pielęgnowane i motywuje do grzesznego czynu. Jeśli pożądanie jest jedynie mimowolnym odruchem (stanowiącym akt człowieka), nie jest ono moralnie przypisywalne. Staje się problemem dopiero, gdy przechodzi w sferę wolnej woli – to znaczy, gdy nie jest natychmiast odrzucane, lecz świadomie zatrzymywane lub podsycane. Wracając do meritum, to w tym przypadku wspólne mieszkanie grzechem nie będzie. Jeśli dobrowolnie i świadomie nie jest okolicznością prowadzącą do grzechu nieczystości cielesnej, samo w sobie pozostaje moralnie obojętne. Pomijając przypadek alarmującego braku wzajemnego pożądania, którego jednak nie roztrząsamy w refleksji moralnej, fakt, że mieszkanie nie staje się okazją do grzechu, jest owocem ciężkiej, wspólnej pracy pary.
Osiągnięcie tego wymaga praktykowania cnót roztropności, umiarkowania i czystości. Jest to znaczne wyzwanie, ale jeśli idą za tym konkretne czyny, jak chociażby spanie w oddzielnych pokojach, stawianie granic dla nadmiernej czułości czy ukierunkowanie uwagi na angażujące aktywności zamiast na bierny relaks sprzyjający intymności. Jest to ćwiczenie się w cnocie. Sprzyja temu także jasne wyznaczenie zasad i wzajemne wspieranie się w ich przestrzeganiu. To zaświadcza, że życie w czystości jest możliwe, a takie ćwiczenia wstrzemięźliwości sprzyjać będą późniejszemu zachowaniu czystości, za które para podziękuje, kiedy w przyszłym życiu małżeńskim będzie chciała stosować zasady naturalnego planowania rodziny w małżeństwie.
Przeciwnicy, opowiadający się za wręcz determinizmem seksualnym (jakoby chyba wolna wola nie istniała) we wspólnym mieszkaniu – sugerując unikanie jakichkolwiek sytuacji, gdy para zostaje sama – zdają się nie wierzyć w siłę woli i możliwość wytrwania w czystości. Stąd ich rady, by siedząc w pokoju, zostawić drzwi otwarte na oścież, a najlepiej spotykać się poza mieszkaniem. Ja jednak utrzymuję, że wytrwanie w czystości jest możliwe za pomocą woli, a nie ucieczki, chyba że ucieczka od sprzyjających sytuacji jest już jedynym wyjściem. Nie ma też co ukrywać, że produktywnie zorganizowany czas, indywidualne obowiązki zawodowe i priorytety życiowe pary w konsekwencji doprowadzą do spędzania wspólnych chwil nie tylko w łóżku. Dlatego powinniśmy stanowczo wystrzegać się seksualizowania relacji i poglądu, jakoby to właśnie seks piastował czołowe miejsce w związku.
Nie mogę również zgodzić się z zarzutem, że wspólne mieszkanie par żyjących w czystości naraża je na straty zdrowotne, a nie tylko duchowe. Wśród rozmaitych opinii dotarłem do sugestii zagorzałych przeciwników, jakoby ciągła ekspozycja na pokusę, przy jednoczesnym jej odpieraniu, prowadziła do nerwicy. W ich wizji, neuroza ta miałaby w dalszej perspektywie obrzydzić seks, kojarząc go na zawsze z zakazem i czymś złym. Jest to jednak błędny argument z kilku powodów. Po pierwsze, nerwicy można nabawić się równie łatwo, będąc singlem lub widując się z partnerem tylko kilka godzin dziennie. Neurozy powstają z nieuświadomionych konfliktów wewnętrznych. Po drugie, jeśli decyzja o życiu w czystości jest podjęta dobrowolnie, świadomie, wspólnie i w imię wyznawanych wartości, stanowi ona akt woli, który działa prewencyjnie, a nie neurotycznie. Po trzecie, nerwica prędzej powstanie, gdy brakuje jakichkolwiek wartości i celów, dla których popęd jest tłumiony. Wówczas mamy do czynienia z biernym tłumieniem, a nie świadomym zarządzaniem sobą, i to właśnie tłumienie jest sygnałem do pilnej pracy nad sobą, a nie przyczyną nerwicy samo w sobie. Ponadto, brak wypracowania przez parę bliskości emocjonalnej – niezależnie od tego, czy wspólnie zamieszkują, czy nie – prędzej spowoduje, że seks stanie się jedynym wentylem dla potrzeby intymności. Bliskość nie musi być tożsama z grą wstępną do rozpusty. Bliskość, która nie dąży do czynu seksualnego, ma więc korzyści nie tylko dla więzi emocjonalnej, ale również dla zdrowia psychicznego i relacji.
Twierdzenie, że wspólne mieszkanie jest z góry skazane na bycie okolicznością grzeszną, upada jeszcze z co najmniej dwóch powodów, które obnażają fałszywą logikę tego zarzutu. Po pierwsze, rozważmy sytuację mieszkania w mieszanym gronie. Chłopak mieszkający na stancji z dwiema kobietami – przyjętymi przez właściciela kierującego się zyskiem, a bez ingerencji lokatora – nie jest automatycznie postrzegany jako sytuacja grzeszna. Jeśli przyjęlibyśmy logikę opozycji, triolizm byłby niemal regułą. O zgrozo, gdyby spotkał współlokatorkę owiniętą ręcznikiem lub zobaczył suszącą się bieliznę. Lecz takie wspólne mieszkanie nie jest problematyczne w standardowym osądzie, choć zgodnie z tą samą, restrykcyjną logiką, podniecające widoki wzniecałyby grzeszne fantazje i same w sobie byłyby grzechem. Po drugie, problem nie leży w samym wspólnym mieszkaniu, lecz we współżyciu pary, do którego nie jest potrzebne wspólnie wynajęte mieszkanie, a tylko kilka drobnych na Ubera. Pary mieszkające oddzielnie (mające dwa adresy) mogą de facto współegzystować przez większość czasu, spędzając u siebie dnie i noce. Mówią, że nie mieszkają razem, choć funkcjonują w głębszej bliskości niż para ze wspólną stancją, która zachowuje czystość. W przypadku, gdy para żyje w czystości, wspólne mieszkanie nie jest przeszkodą do otrzymania rozgrzeszenia z innych grzechów (jeśli to mieszkanie samo w sobie nie sprzyja upadkom). Jeżeli jednak spowiednik odmówiłby rozgrzeszenia wyłącznie z powodu ujawnienia tej sytuacji życiowej, to postąpiłby niepoprawnie i należałoby go zmienić. Paradoksem jest udzielenie rozgrzeszenia parze regularnie współżyjącej, która zarzeka się, że mieszka oddzielnie (mimo, że faktycznie można mieć co do tego uzasadnione wątpliwości). Spowiednik może, co prawda, zapytać o konkretne postanowienie poprawy, lecz to rodzi kolejne kontrowersje, ponieważ zbytnie dociekanie wchodzi w sferę odpowiedzialności penitenta za szczerą spowiedź. Spowiednika oszukać można, Pana Boga już nie. Sposób zorganizowania życia romantycznego może być więc grzeszną okolicznością, która nie sprzyja zerwaniu z grzechem. Nie można sugerować, że tylko wspólne mieszkanie to jawne współżycie. To relikt przeszłości, ponieważ dziś, kiedy stancje i mieszkania na wynajem są powszechne, wspólny adres nie jest koniecznym warunkiem ani dowodem współżycia.
Odnieśmy się teraz do ostatniego i drażliwego punktu, mianowicie grzechu zgorszenia (3). Zgorszenie to termin trudny do zdefiniowania bez precyzyjnej analizy. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi: Zgorszenie jest postawą lub zachowaniem, które prowadzi drugiego człowieka do popełnienia zła. Zaraz potem dodaje, że jest ono poważnym wykroczeniem, jeśli uczynkiem lub zaniedbaniem dobrowolnie doprowadza drugiego człowieka do poważnego wykroczenia (KKK 2284). Jednak współczesna myśl moralna, zgłębiająca to zagadnienie, słusznie wyróżnia wiele kategorii zgorszeń, które nie są sobie równe, a nawet – co kluczowe – nie zawsze stanowią grzech dla samego gorszyciela. W tym kontekście moją opinię definiuje, a zarazem odpiera podstawowy zarzut, kategoria zgorszenia doznanego. Uważam, że właśnie to pojęcie precyzyjnie opisuje, a tym samym obala intuicyjny zarzut, że w przypadku zamieszkiwania przed ślubem, mamy do czynienia z grzechem zgorszenia w jego klasycznym i najcięższym rozumieniu.
Pokażę to na przykładzie. Osoba A wykonuje czynność, która jest moralnie obojętna lub obiektywnie dobra. W świetle zasad moralnych, ten czyn zasługuje co najmniej na neutralną ocenę. Wówczas wkracza Osoba B, która widzi to działanie i – z powodu swojej niewiedzy, niedojrzałości, uprzedzeń czy rygoryzmu – jest nim zaniepokojona, krytykuje je, osądza i czuje się zgorszona. To jest właśnie sedno zgorszenia doznanego. To poczucie zgorszenia bierze się z własnego wnętrza i błędnej interpretacji Osoby B, a nie z faktycznej złośliwości czy obiektywnego błędu moralnego w działaniu Osoby A. Trudność polega na tym, że nawet czyn obiektywnie najlepszy może wywołać subiektywne zgorszenie. Nie oznacza to jednak, że dana czynność jest obiektywnie zła. Mimo iż ryzyko, że ktoś poczuje się zgorszony, istnieje, nie jest to główny powód, dla którego osoba czyniąca dobrze lub moralnie obojętnie miałaby zaniechać swojego działania. Działający ma prawo do swojego czynu. W istocie, to reakcja osoby zgorszonej (zakładająca z góry obecność grzechu) jest w tym przypadku niewłaściwa. Podobny w swojej istocie dylemat był już przedmiotem refleksji św. Pawła (zob. 1Kor 8,4-13; Rz 14,13-15).
Należy przy tym zaznaczyć, że już młodsze pokolenie generalnie nie czuje się zgorszone nawet, gdy dowiaduje się o współżyciu, do którego dochodzi przy wspólnym zamieszkiwaniu. W tym przypadku, wraz z biegiem czasu, to poczucie zgorszenia może zaniknąć, sprowadzając się do marginalnej liczby osób. Jest to trend szczególnie widoczny przy obecnym wzroście indywidualizmu i niemal całkowitym zaniku idei wzajemnej współodpowiedzialności za moralność wspólnoty. Istota zgorszenia leży przecież w negatywnym wpływie na moralność i wiarę bliźniego, nie zaś wyłącznie w jego historycznej ocenie. Zmiana obyczajów społecznych może zatem wpływać na to, co faktycznie gorszy, czyli na percepcję publiczną. Choć efekt zgorszenia zanika, sam grzeszny czyn pozostaje niezmiennie grzeszny.
Rozeznanie i odpowiedzialność
Dobrnęliśmy do końca. Pamiętajmy wszak, że moja opinia z założenia nie może wyczerpać całej złożoności problemu. Ma ona natomiast zmusić nas do osobistej, dogłębnej refleksji. Mam nadzieję, że udało mi się nieco naświetlić ten wielowymiarowy problem, a przy tym dopomóc przy podejmowaniu mądrych, odpowiedzialnych i gruntownie przemyślanych decyzji, aby każdy, na swoją miarę, potrafił rozpoznawać granice, które uchronią go przed wejściem wprost do paszczy lwa. Ostatecznie, decyzję o tym, czy wspólne mieszkanie będzie krokiem ku odpowiedzialnemu poznaniu się i świadomemu przygotowaniu do małżeństwa, czy też okaże się krokiem ku rozwiązłości, musimy podjąć sami. Nie wolno nam jednak zapominać, że liczy się nie tylko ekonomiczna wygoda, tak kusząca przy obecnych cenach życia. Dla nas, wierzących, kluczowy jest wyższy cel, jaki nam przyświeca, i to, czy przypadkiem nie próbujemy legitymizować związku na kocią łapę. Prawdziwe rozeznanie jest cnotą. Ostatecznie, jak ostrzega autor natchniony Rozważny zło widzi i odwraca się, nierozważni tam idą – i szkodę ponoszą (Prz 22,3).
