Duchowość

Gdy ciemność staje się drogą: o pustce, która prowadzi do Boga

Żyjemy w epoce, która obiecuje nam wszystko — natychmiast, bez wysiłku, bez czekania. W kulturze dobrobytu i nieustannej dostępności bodźców, człowiek może w kilka chwil zaspokoić niemal każdą zachciankę. Jednym kliknięciem zamawiamy jedzenie, w sekundę znajdujemy rozrywkę, w kilka minut możemy kupić coś, co ma poprawić nasz nastrój. Wydaje się, że świat nigdy wcześniej nie oferował tak wiele. A jednak nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie czuło się tak pustych.

Gonimy za pieniędzmi, popularnością, sympatią, sukcesem. Chcemy być zauważeni, docenieni, podziwiani. W tej pogoni łatwo zgubić Boga — a wraz z Nim sens, cel i wewnętrzny pokój. Wpadamy w grzechy, robimy rzeczy głupie albo wręcz złe, próbując zagłuszyć tęsknoty, które w nas mieszkają. Aż w końcu przychodzi moment, w którym — mimo pozornych sukcesów — odkrywamy, że w środku jesteśmy puści. Że wszystkie bodźce, które miały nas nasycić, zostawiły jedynie większy głód. Że jesteśmy samotni, choć otoczeni ludźmi. Że nie wiemy, po co żyjemy.

To doświadczenie bywa bolesne. Może prowadzić do melancholii, a nawet rozpaczy. Może też jednak stać się początkiem drogi. Jeśli bowiem człowiek odważy się zrobić krok dalej, może odkryć coś (albo raczej Kogoś), czego świat dać nie potrafi — Boga, który wypełnia pustkę i daje życie prawdziwe. Tę prawdę pokazują zarówno historie świętych, jak i ludzi współczesnej popkultury. Dwie z nich — pozornie odległe — mówią o tym samym: o ciemności, która stała się bramą.

Święty Ignacy Loyola: od rycerskich marzeń do duchowego przebudzenia

Ignacy z Loyoli nie był od początku człowiekiem świętym. Przeciwnie — jego młodość to opowieść o ambicji, namiętnościach i pragnieniu sławy. Wyrywając się z rodzinnej Loyoli, trafia na dwór wicekróla Nawarry. Tam rzuca się w wir życia, o jakim marzył: pojedynki, zabawy, romanse, hazard. Chce być kimś. Chce, by o nim mówiono. Chce zdobywać serca i uznanie.

W 1521 roku, podczas francuskiego najazdu, dołącza do obrońców Pampeluny. Kula z kolubryny roztrzaskuje mu nogę — jest to symboliczny koniec jego dotychczasowych marzeń. Odtransportowany do rodzinnego domu, rozpoczyna długą i bolesną rekonwalescencję. Gdy okazuje się, że noga zrosła się nieprawidłowo, Ignacy — w imię ambicji i pragnienia atrakcyjności — żąda, by ją ponownie złamano i na nowo złożono. Cena cierpienia wydaje mu się mniejsza niż cena utraconej kariery.

Przykuty do łóżka, sięga po książki. Najpierw te, które kocha: opowieści o rycerzach, ich dokonaniach i miłosnych podbojach. Zanurza się w marzeniach o własnej przyszłej chwale. Jednak gdy przeczyta już wszystko, co przynosi mu szybką, intensywną, lecz krótkotrwałą przyjemność, z braku innych lektur, sięga po Biblię i Naśladowanie Chrystusa Tomasza à Kempis.

Wtedy dzieje się coś, czego się nie spodziewał.

Marzenia o sławie dawały mu intensywny, ale chwilowy tylko zastrzyk emocji, po którym zostawała jedynie melancholia. Rozmyślanie o Bogu przynosiło natomiast pokój — głęboki, cichy, trwały. Kontrast między tymi dwoma stanami staje się dla Ignacego objawieniem. Po raz pierwszy widzi, że to, co świat daje, jest krótkie i powierzchowne, a to, co daje Bóg — prawdziwe i nasycające.

Ta wewnętrzna różnica staje się początkiem jego nawrócenia. Ciemność bólu, rozczarowania i utraconych marzeń otwiera go na światło, którego wcześniej nie znał. Ignacy odkrywa Boga nie w triumfie, lecz w upadku. Nie w sile, lecz w słabości. Nie w sukcesie, lecz w pustce.

Muniek Staszczyk: „Lucy, ja już nie mogę”

Podobną drogę — choć w zupełnie innym świecie — przeszedł Muniek Staszczyk, lider T.Love. Człowiek, który miał wszystko: sławę, pieniądze, koncerty, uwielbienie fanów. Życie pełne bodźców, intensywności, doznań. A jednak w pewnym momencie zobaczył, że to nie wystarcza. Że w środku jest ciemność.

W piosence LucyPhere Muniek prowadzi dialog z Lucyferem — dialog, który brzmi jak spowiedź człowieka zmęczonego własnym życiem. Padają tam słowa, które uderzają szczerością. W jednym z fragmentów śpiewa o tym, że miał wszystko, czego świat mógł mu dać, a jednak pozostał pusty. W kulminacyjnym zaś momencie wyznaje:

„Lucy, ja już nie mogę. Wolę chyba być z Bogiem.”

To zdanie jest jak krzyk człowieka, który dotarł do granicy. Który zobaczył, że droga pełna doznań prowadzi donikąd. Że świat może dać wiele, ale nie potrafi dać sensu. Że człowiek może mieć wszystko, a jednak nie mieć nic.

Bohater utworu — podobnie jak Ignacy — odkrywa Boga nie w momencie triumfu, lecz w chwili zmęczenia i rozczarowania. W momencie, gdy świat przestaje działać jak obiecana maszyna do produkcji szczęścia.

Ciemność, która nie musi być końcem

Historie Ignacego i Muńka pokazują coś niezwykle ważnego: ciemność nie musi być porażką. Może być początkiem. Może być miejscem, w którym człowiek wreszcie przestaje uciekać. Przestaje zagłuszać. Przestaje udawać, że wszystko jest dobrze.

Czasem dopiero wtedy gdy boleśnie się przekonamy, że świat nie potrafi nas nasycić, zaczynamy szukać Tego, który to umie.

Błędy, które popełniliśmy, grzechy, które nas zraniły, pustka, która nas boli — nie muszą prowadzić do rozpaczy. Mogą stać się drogą. Mogą otworzyć nas na Boga, który nie daje chwilowej przyjemności, lecz szczęście trwałe. I prawdziwe. Nie obiecuje łatwego życia, lecz daje sens. Nie daje bodźców, lecz pokój.

Ciemność nie musi więc być przeciwieństwem drogi do Boga. Często jest jej początkiem. Bo dopiero gdy zgasną światła, widzimy, gdzie naprawdę jest źródło światła.

Bernardyn. Duszpasterz, katecheta i rekolekcjonista. Obecnie w klasztorze w Alwerni.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy