Mięso w piątek i sumienie w weekend
W polskim katolicyzmie bywa tak, że łatwiej zapamiętać, czego nie wolno zjeść w piątek, niż kogo nie wolno nienawidzić przez całe życie. Pytanie o mięso urasta do rangi problemu sumienia, podczas gdy gniew, pycha, pogarda czy pielęgnowana uraza potrafią przechodzić niemal niezauważone. Gdyby gorliwość w analizowaniu piątkowego menu przekładała się na równie gorliwe badanie własnego serca, Kościół wyglądałby dziś zupełnie inaczej.
Mięsko w piątek?
Jakiś czas temu natrafiłem przypadkiem na post na jednym z niekatolickich portali o tytule: „Czy po zjedzeniu mięsa w piątek można iść do komunii?”. Przyznam, że samo to mnie zaciekawiło. Portal, który z założenia nie zajmuje się nauczaniem Kościoła, nagle próbuje podpowiadać czytelnikom coś w kategoriach moralnych. Wydaje mi się jednak, że nie chodziło tu o ambicje formacyjne, lecz o próbę odpowiedzi na pytania, które rzeczywiście ludzi nurtują.
Bo podobne pytania słyszę regularnie – i to nie tylko w konfesjonale. „Czy to prawda, że post obowiązuje w każdy piątek, a nie tylko w pierwszy piątek miesiąca?” „Czy złamanie postu wyklucza z komunii?”. Odnoszę czasem wrażenie, że sprawa piątkowego postu rozpala wyobraźnię do tego stopnia, iż urasta do rangi problemu fundamentalnego. Jakby zjedzenie mięsa w piątek było dla niektórych większym grzechem niż kłótnia z najbliższymi czy nienawiść noszona w sercu.
Coraz częściej myślę, że mamy tu do czynienia ze współczesnym „przecedzaniem komara i połykaniem wielbłąda” (por. Mt 23,24). Zatrzymujemy się na sprawach drugorzędnych, by wygodnie ignorować te naprawdę istotne.
Post: znak pamięci czy pusty gest?
Post piątkowy nie wziął się z kościelnej obsesji na punkcie jedzenia ani z potrzeby utrudniania życia wiernym. Wyrasta z pamięci o konkretnym wydarzeniu: zbawczej śmierci Jezusa Chrystusa na krzyżu. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa – także w Polsce – piątek był dniem zatrzymania się przy tej tajemnicy. Nie po to, by spełnić formalny obowiązek, lecz by pozwolić, aby pamięć o męce Jezusa kształtowała serce, a dopiero potem odbijała się w zewnętrznych praktykach. Śmierć Chrystusa nie jest bowiem abstrakcyjną ideą, lecz ceną zapłaconą za moje grzechy.
Problem zaczyna się wtedy, gdy post zostaje sprowadzony wyłącznie do technicznego pytania: „czy zjadłem mięso?”. W takiej perspektywie znika jego sens duchowy, a pozostaje jedynie zewnętrzny gest. To bardzo krótka droga do faryzeizmu – troski o poprawność religijnej formy przy jednoczesnym zaniedbaniu wnętrza, w którym mogą panować egoizm, obłuda i duchowa pustka. Z drugiej strony, całkowite lekceważenie postu również nie jest neutralne: często bywa znakiem zobojętnienia wobec Boga i Jego ofiary.
Trzeba jednak uczciwie dodać, że praktyka postu nie wszędzie wygląda identycznie. W niektórych krajach nie wykształciła się tradycja piątkowej wstrzemięźliwości. Nie oznacza to jednak utraty wiary, lecz inny sposób jej przeżywania, ukształtowany przez odmienne realia kulturowe i duchowe. Problem nie leży więc w samej formie, ale w tym, czy prowadzi ona do pamięci o Chrystusie – czy tylko do uspokojenia sumienia.
Mięso, sumienie i fałszywe dramaty
Często można usłyszeć zarzut: dlaczego dziś tak mało mówi się w Kościele o poście? Bycie „wege”, rezygnacja z mięsa z miłości do zwierząt czy dla zdrowia – to modne i społecznie akceptowane. Ale pościć dlatego, że jest się katolikiem? Broń Boże. A przecież nie bez powodu trzy filary chrześcijańskiej praktyki pokutnej i duchowej to: modlitwa, post i jałmużna. Remedium na złe duchy w nas samych i na piętrzące się problemy jest modlitwa połączona z postem.
Post nie wypływa z chwilowej mody ani nie jest celem samym w sobie. To jedno z najskuteczniejszych narzędzi walki duchowej – walki o coś, a nie przeciwko czemuś.
Kazuistyka zamiast miłości
Warto więc przypomnieć podstawy. W Kościele katolickim post ścisły (jakościowy i ilościowy) w Środę Popielcową i Wielki Piątek obowiązuje wiernych od 18. do rozpoczęcia 60. roku życia. Wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych w piątki obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14. rok życia. Osoby chore lub mające trudności z doborem pokarmów są z tego obowiązku zwolnione.
Piątkowy post znoszą jedynie uroczystości liturgiczne. Dlatego w oktawie wielkanocnej w piątek można spożywać mięso – każdy dzień po Niedzieli Zmartwychwstania ma rangę uroczystości. Inaczej jest w oktawie Bożego Narodzenia: tu każdy dzień ma rangę święta, a więc piątkowy post nadal obowiązuje.
Wykładnia przykazań kościelnych z 2014 roku mówi o uzasadnionej niemożliwości zachowania wstrzemięźliwości w piątek. Każdy powinien w sumieniu rozeznać rzeczywisty stopień tej niemożliwości i rozumieć ducha normy – symbolicznej, dostępnej dla wszystkich formy uczczenia Chrystusa cierpiącego – by nie zwalniać się z obowiązku pod byle pretekstem.
Dlaczego post boli bardziej niż nawrócenie?
W naszym myśleniu mocno zakorzeniło się przekonanie, że człowieka w podróży post nie obowiązuje. Tymczasem nie ma to żadnego formalnego potwierdzenia. Podróż sama w sobie nie zwalnia z postu. Owszem, osoby niemające realnej możliwości wyboru posiłków mogą skorzystać z dyspensy, ale niemożność zachowania postu domaga się innych form pokuty.
Nie oszukujmy się jednak… nie żyjemy w czasach niedostatku. Mamy ogromny wybór możliwości żywieniowych. I w gruncie rzeczy to od nas zależy, czy chcemy pościć, czy nie.
Tu dochodzimy do sedna. Mamy kłopot z postem i jego szczegółową kazuistyką, bo gubimy chęć umartwienia z miłości do Chrystusa. Bez oporów stosujemy post przerywany, by schudnąć i dobrze wyglądać. Czy więc wymaganie od siebie niewygody dla celów duchowych naprawdę stało się dziś czymś nienormalnym?
Zdewaluowało się chrześcijańskie umartwienie – dobrowolne wyrzekanie się przyjemności i wygód, panowanie nad sobą oraz praca nad własnymi pragnieniami: zarówno zmysłów, jak i woli oraz rozumu. A przecież to właśnie ta droga prowadzi do wzrostu duchowego, przezwyciężania wpływu grzechu i upodabniania się do Chrystusa.
Krzyż, który nie boli, nie zbawia
Do dziś wracają do mnie słowa Adama Mickiewicza, które kiedyś wprawiły mnie w osłupienie: „Krzyż wbity na Golgocie tego nie wybawi, kto sam na sercu swoim krzyża nie wystawi”.
Chrześcijaństwo bez umartwienia szybko zamienia się w wygodną religijność bez krzyża. A krzyż, którego się nie dotyka, z czasem przestaje przeszkadzać – aż w końcu znika z pola widzenia. Post, modlitwa i pokuta nie są religijnym folklorem ani pamiątką po surowszych czasach. Są pytaniem, które Bóg wciąż stawia człowiekowi: czy naprawdę chcesz iść za Mną, czy tylko zachować poprawne pozory?
Bo jeśli nie potrafimy zrezygnować z kawałka mięsa z miłości do Chrystusa, trudno będzie uwierzyć, że jesteśmy gotowi zrezygnować z własnej pychy, wygody i grzechu.