Lektura (nie) dla dzieci
Chyba nic nie dostarcza tylu emocji, co ten niechciany, często nielubiany Dzień Judaizmu, a towarzyszką tegorocznych obchodów była Księga Rut. Lektura momentami wprawia w zakłopotanie. Biblijna kobieta to nie tylko milcząca, pokorna Maryja. To kobieta, która ma twarz zdeterminowanej Rut. Jej historia wciąż rezonuje, a jej los jest losem każdego, kto kiedykolwiek czuł się obcy.
Chyba nic nie dostarcza tylu emocji i nie rozgrzewa lepiej w styczniowe mrozy niż ten niechciany, często nielubiany Dzień Judaizmu. To inicjatywa trudna i uwierająca. Zwłaszcza u nas, gdzie antysemityzm wciąż tli się pod społeczną skórą, a dialog międzyreligijny przypomina nierzadko jednorazowy zryw, pozbawiony ciągłości. Obchody są nierówne. W jednych diecezjach podtrzymywane przez garstkę pasjonatów, w innych wymownie nieobecne. Próżno też nasłuchiwać wzmianek o nich podczas niedzielnych liturgii. Duszpasterzom często po prostu brakuje wiedzy i języka. W dialogu z judaizmem nie widzą fascynującej przygody intelektualnej czy spotkania z korzeniem własnej teologii. Upatrują w niej nierzadko arenę do forsowania swoich racji. I choć od oficjalnej daty minęła chwila, temperatura sporu nie spada. Fale zachwytów wciąż rozbijają się o mur tych, którzy tę inicjatywę najchętniej wykreśliliby z kalendarza raz na zawsze. I jedni, i drudzy zdają się mieć solidne argumenty. Komu więc wierzyć?
Zapomniana historia
Ale nie o sporach dziś mowa. Towarzyszką tegorocznych obchodów była Księga Rut. To ona dała nam hasło przewodnie, a medytacje na jej temat snuł sam kardynał Ryś. Mnie również trafiła się gratka, mogłem przybliżyć tę zapomnianą historię uczniom ogólniaka. To cenna chwila, bo w kościelnym kalendarzu Księga Rut pojawia się od wielkiego dzwonu. No, chyba że trafimy na ślub, gdzie jakiś przytomny lektor wyłamie się ze schematu. Zamiast zgranego do cna, choć obiektywnie pięknego „Hymnu o miłości”, sięgnie właśnie po historię Rut.
Dawno nie miałem w rękach Biblii dla dzieci. Podobno Księga Rut zawsze znajduje się w takich obrazkowych i niewinnie słodkich wydaniach. Jednak lektura oryginału – tych czterech krótkich rozdziałów – momentami wprawiała mnie w zakłopotanie. Od razu przypomniało mi się, jak kilka tygodni wcześniej wyciągnąłem z garażu prehistoryczny egzemplarz „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Zaczytywałem się w nich w gimnazjum, wpadając w pułapkę tytułu, no bo skoro „baśnie”, to przecież lektura dla dzieci, prawda? I choć intuicja podpowiadała mi czasem, że w tych historiach kryje się jakieś drugie, gęstsze dno. W swojej nastoletniej prostocie ślizgałem się jednak bezpiecznie po powierzchni fabuły. Chcąc odświeżyć pamięć i poszerzyć wiedzę, zacząłem drążyć temat w internecie. Bo co my tak naprawdę wiemy o Sindbadzie czy dżinach? Tyle, ile zaserwowały nam ugrzecznione kreskówki i czytanki. Żyjemy w świecie wersji „light”.
Między zmysłami a duchowością
Jedna z blogerek stawia jednak pytanie zasadnicze: jak można mówić o tych opowieściach, że są przeznaczone dla dzieci? Już na samym początku pojawia się obraz orgii przy fontannie, a dalej motyw kazirodczej miłości brata i siostry. Trudno temu zaprzeczyć, bo wiele z tych historii przesyconych jest treściami erotycznymi, przemocą albo wyszukaną zmysłowością. Z biegiem czasu ukształtowały one w naszej wyobraźni wizję Orientu jako świata egzotycznego, bogatego i nasyconego namiętnością. W tym sensie cały zbiór staje się raczej antologią dla dorosłych. Poza wyjątkami, które po odpowiedniej obróbce można bez większego ryzyka powierzyć dziecięcemu czytaniu. Mówię o tym nie bez powodu, ponieważ podobny problem pojawia się także w przypadku Księgi Rut. I tu bowiem nie jest wcale oczywiste, by bez wahania oddać ją do rąk młodemu czytelnikowi.
Inny autor, publikujący artykuły biblijne, jeden ze swoich tekstów poświęca prefigurom Maryi, a więc kobietom niejako ją zapowiadającym. Pojawia się tam również Rut jako jedna z nielicznych kobiet. Stoi obok Judyty i Estery, którym poświęcono tytuły osobnych ksiąg. Przekaz jest czytelny. Rut ma stanowić element duchowości kobiecej. Figurę, w której kobiety – obok samej Maryi – mogą odnaleźć dla siebie wzór i według niego kształtować swoją pobożność. Oczywiście w odniesieniu do Boga i ludzi. Skoro więc Rut postępowała tak, jak zapisano, to i kobieta współczesna powinna ją naśladować. Pytanie jednak brzmi: co właściwie wyczytamy w samej księdze?
Plan, który łamie schematy
Wyobraźmy sobie taką sytuację. Dwudziestoparoletni chłopak, zabiegający o względy dziewczyny, opowiada o niej swojej sędziwej babci. Co więcej, to ona dość często odwiedza jego, częściej niż on ją. „Jak to?” pyta babcia. „Przecież nie przystoi dziewczynie, żeby to ona przyjeżdżała do chłopca. U nas było inaczej. Do mnie zawsze przyjeżdżał dziadek, nigdy odwrotnie”. Takie przekonanie reprezentuje znaczna część tego pokolenia. Jak jednak żyć, gdy tej sprzeczności z utartymi schematami uczy właśnie Rut. Ulega ona namowom i zostaje wplątana w intrygę swojej teściowej Noemi. Nie wiem, czy bardziej zabiegającej o dobro synowej, czy raczej o własne bezpieczeństwo. Rut poradziłaby sobie i bez tego. Jest młoda, atrakcyjna i pracowita. Mimo trudnych czasów zarabia na siebie i teściową. Noemi nie kwapi się jednak do pracy. Chce jak najszybciej wydać synową za mąż, by zapewnić sobie dostatnią przyszłość.
Rut ma zaczekać, aż Boaz naje się, napije i zaśnie. To on może wykupić pole jej zmarłego męża i otoczyć wdowy opieką. Wtedy ma się obok niego położyć. To postawienie go w sytuacji niekomfortowej, wzięcie z zaskoczenia i de facto wykonanie pierwszego kroku w stronę oświadczyn. Dlaczego? Noemi chyba widziała, że Boaz, choć złego słowa o nim powiedzieć nie można, w sprawach uczuciowych jest niezbyt zaradny. Czekanie na jego ruch poszłoby na marne; trzeba było pchnąć sprawę do przodu. Noemi musiała precyzyjnie wybrać moment. Przewidziała więc, co Boaz będzie robił w wieczór zaplanowanej akcji synowej.
Punkt kulminacyjny następuje w trzecim rozdziale. Rut niepostrzeżenie odkrywa nogi Boaza. Tylko pozornie brzmi niewinnie albo co najmniej dziwnie. Zdaniem biblistów to klasyczny eufemizm, biblijny kod na oznaczenie seksualnej propozycji. Rut przestaje być tłem; wychodzi z cienia, by stać się żoną. Aspirując do miana żony, przejmuje inicjatywę i wykonuje krok, który kulturowo przypisany był i wciąż jest mężczyznom. Ta subtelna, ukryta narracja sprawia, że Księga Rut uchodzi za bezpieczną lekturę dla dzieci, o ile nie będą one szukać jej drugiego dna. Stanowi to wyraźne przeciwieństwo momentami wprost ociekających erotyzmem oryginalnych opowieści Szeherezady.
Twarz odwagi
Płynie stąd jednak ważniejszy wniosek dla dorosłych. Biblijna kobieta to nie tylko milcząca, pokorna Maryja. To kobieta, która ma twarz zdeterminowanej Rut. Nasze babcie, rzadko zaglądające do Biblii (co niestety jest naszą katolicką przywarą), mogły ten niuans przeoczyć. Mimo to, ostrożnie z przykładaniem tej miary do dzisiejszych czasów. Rut jest postacią przełomową, ale jej celem wciąż pozostaje wpisanie się w męski świat i urodzenie potomka. Powielanie tego schematu to policzek dla feminizmu. Kobieta to przecież ktoś więcej niż tylko strażniczka domowego ogniska.
Rut nie jest wzorem wyłącznie dla kobiet. Jak każda postać biblijna, stanowi uniwersalny archetyp, w którym przejrzeć się może każdy, komu przyszło dzielić jej los. Jej historia nie zastygła w ramach przeszłości; ona wciąż rezonuje. Jej los jest losem każdego, kto kiedykolwiek czuł się obcy. Kim byłaby dzisiaj? Imigrantką, która próbuje odnaleźć się w gąszczu niezrozumiałych praw, obcego języka i nowych obyczajów. Badacze Biblii widzą w historii Rut krytykę surowej polityki Ezdrasza i Nehemiasza. Po powrocie z wygnania żądali oni rozwodów z cudzoziemkami w imię czystości kultu. Pytanie „kto swój, a kto obcy?” dręczy ludzkość od zarania dziejów. Biblia mierzy się z tym problemem i daje zaskakujące rozstrzygnięcie. Z tej „obcej” czyni dumną przodkinię króla Dawida i samego Jezusa.
Sąsiad, Moabita i owoc
Pamiętam, jak przed laty moja rodzina przyjaźniła się z polskimi Tatarami, muzułmanami, „obcymi”. Różnice kulturowe nie stanowiły bariery; oni, szanując zwyczaje kraju, w którym żyli, na Boże Narodzenie stawiali nawet w domu choinkę. Ale więź sięgała głębiej. Zaryzykuję twierdzenie, że gdyby nie ich posłuszeństwo Allahowi, który w Koranie nakazuje miłosierdzie, mogłoby mnie tu dziś nie być. Moi rodzice nie mieli samochodu, gdy zaczęła się akcja. To właśnie ten sąsiad, muzułmanin, bez wahania odpalił swojego Poloneza i na sygnale wiózł moją mamę na porodówkę. Jako dziecko byłem święcie przekonany, że jeśli ktokolwiek ma zagwarantowaną ekspresową przepustkę do Nieba, to właśnie to małżeństwo.
Inaczej bywa z naszym postrzeganiem sąsiadów ze Wschodu. Mimo pozornej bliskości, obarczamy ich winą za zło historii. Ci ludzie nie przyłożyli do niej ręki, a jednak ciąży na nich niczym klątwa. Dokładnie tak jak na Rut. Choć była sprawiedliwa i bogobojna, przylgnęła do niej łatka „Moabitki”. Dla Izraelity brzmiało to jak obelga, „ohyda”, „pomiot Lota i jego córki”, „ta gorsza”, która nigdy nie stanie się „nasza”.
Jeśli wydaje nam się, że Boga nie widzimy, że umyka On w zawiłych teologicznych dyskursach, sięgnijmy po tę Księgę. Nie czekajmy, aż ktoś przeczyta ją w pośpiechu podczas liturgii. Wtedy myślami będziemy już przy drinku na sali weselnej. Warto zrobić to samemu. Autor ukazał tu Boga bliskiego i namacalnego. Dzięki temu dostrzeże Go każdy, a nie tylko mistyk szukający Go w codzienności.
Ironia losu dogania mnie w pociągu, w którym kończę ten tekst. Wokół gwar, wschodni akcent, tłok, sceneria, która w wielu budzi instynktowną niechęć. Siedzę ramię w ramię z historią, która jestem przesiąknięty od tygodnia. Kobieta obok, jedna z tych, na które patrzymy przez pryzmat stereotypów, przerywa moje pisanie. Nie zna dobrze języka, kaleczy słowa, ale język gestów ma opanowany perfekcyjnie. Z uśmiechem podaje mi pomarańczę. Tylko tyle i aż tyle. W tym małym, pomarańczowym słońcu podarowanym przez obcą kobietę jest więcej teologii niż we wszystkich tych akapitach. Rut żyje. I właśnie poczęstowała mnie owocem.