Opinie

Miłość bez prawdy bankrutuje

Czy bezwzględna szczerość to odwaga, czy może duchowe barbarzyństwo? W relacjach międzyludzkich stajemy bardzo często przed wyborem, pamiętając, że „naczelnym prawem jest pilnowanie zgodności wypowiadanego słowa z myślą”, a jednocześnie czując, że „człowiek cnotliwy nie ujawnia sądu umysłu zawsze i wszędzie”. Gdzie kończy się prawdomówność, a zaczyna fanatyzm prawdy? Jeśli bowiem uznamy, że „każde słowo, które nie płynie z miłości ku dobru, jest bezsensowne”, musimy zmierzyć się z trudną diagnozą – „prawda bez miłości rani i burzy, miłość zaś bez prawdy więdnie i bankrutuje”.

Radykałowie i dyplomaci

Jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie i zawirowania wokół prawdy, wyróżnić można dwa typy ludzi. Pierwsi nie zważają umyślnie na słowa, bo ich celem jest prawda. Zawsze dążą do oddania co do joty tego, co uważają za swoje przekonanie. Wyrażają swe opinie bez ogródek – zarówno pochwalne, jak i krytyczne. Drudzy kierują się ogładą. Mają wprawdzie wyrobiony sąd w danej sprawie, lecz zostawiają go dla siebie. Na zewnątrz prezentują go tylko w wybranych okolicznościach. Jeśli uznają, że nie wypada czegoś powiedzieć. Sięgają po niejednoznaczne, ogólne sformułowania, by nikogo słowem zgodnym z wewnętrznym osądem nie urazić. Krytykę wygłaszają delikatnie albo wcale. W zależności od stosunków z odbiorcą, ale za to pochwały rozdają chętnie, by pozostać w dobrych relacjach ze wszystkimi.

Ci pierwsi budzą szacunek albo nienawiść za odwagę; ich słowo uchodzi za szczere, godne zaufania w najbliższych więziach. Śmiem jednak wątpić, czy ktoś, komu obcy raczej niż bliski wygłosi srogą krytykę, zechce z nim dalej obcować. Inaczej rzecz się ma ze szczerą pochwałą: jeśli sprawia wrażenie płynącej prosto z serca, zacieśnia więzi. Znamienny jest fakt, że ci drudzy, choć w bezkonfliktowych relacjach bywają traktowani jako partnerzy szczerzy, godni rady, ich pochwała wynika z autentycznego docenienia piękna dzieła, a nie z obawy przed niepochlebstwem. W istocie, obaj typy mogą być szczerzy, lecz różnią się strategią. Jedni stawiają na bezwzględną prawdę za wszelką cenę, drudzy na prawdę zrównoważoną empatią i kontekstem. Która postawa jest słuszna i warta obrony?

Słowo wewnętrzne a zewnętrzne

Nie ma jednak odpowiedzi, która wyczerpywałaby sprawę i ostatecznie obalała którąś ze stron. Mowa uchodzi za jeden z największych darów danych od Boga po to, aby wyrazić, co myślimy, czujemy i doświadczamy. Implikuje to naczelne prawo: pilnowanie zgodności wypowiadanego słowa z myślą do tego stopnia, iżby ktoś nawet się mylił. Mądrze pisał święty Augustyn: „Quando ergo quod in notitia est, hoc est in verbo, tunc est verum verbum et veritas, qualis exspectatur ab homine, ut quod est in ista, hoc sit et in illo; quod non est in ista, non sit et in illo: hic agnoscitur: Est, est; non, non”. Proces mówienia dzielimy na dwa zasadnicze etapy. Pierwszy to słowo wewnętrzne: szczera myśl, poznanie rzeczywistości, czyli to, co faktycznie wiemy i czujemy. Drugi to słowo zewnętrzne: faktycznie wypowiedziane słowo wobec innych. Między tymi dwoma „słowami” musi być zgoda, odzwierciedlająca postawę „przezroczystości”, której owocem jest mowa „tak – nie”.

Prawdomówność jako cnota

Jednym z dwóch rozróżnień definicji prawdy jest ujęcie jej jako cnoty – prawdomówności. Ta bowiem jest częścią cnoty sprawiedliwości, jeśli chodzi np. o składanie prawdziwych zeznań w sądzie, albo jest tylko potencjalną częścią cnoty sprawiedliwości, kiedy rzecz ma się poza sądem, a człowiek z pewnej uczciwości ujawnia drugiemu prawdę, jak to ma miejsce w relacjach prywatnych.

Zatem owa cnota kieruje naszą mową i także sprzyja cnotliwemu życiu według dwóch innych cnót: prostoty i wierności, które sprzeciwiają się dwoistości. Tej, przez którą ktoś co innego ma w sercu, a co innego okazuje na zewnątrz. Ta bardzo piękna cnota chwalebna jest i nadzwyczaj konieczna, bo łatwo sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby w miejsce pokojowego współżycia międzyludzkiego w prawdzie wprowadzić kłamstwo i oszustwo. Organizm społeczny byłby niewydolny, a w konsekwencji obumarł, o czym przestrzega Apostoł: „Dlatego odrzuciwszy kłamstwo: niech każdy z was mówi prawdę do bliźniego, bo jesteście nawzajem dla siebie członkami” (Ef 4,25).

Zgoła nie jesteśmy w stanie wyrazić całej prawdy o świecie, ponieważ jest on nazbyt skomplikowany. Nie trzeba być jednak geniuszem czy wszechwiedzącym, bowiem jedynym obowiązkiem jest pilnować, aby w słowach nie znalazło się nic, czego nie ma w sercu. Dozwolone jest tedy mylenie się, nieposiadanie dostatecznej wiedzy, ale nie jest dozwolone mówienie tego, czego nie ma w sercu. Wydawać by się mogło rzeczą słuszną postawić w tym miejscu kropkę. Celowo zarysowałem na wstępie dwie odmienne postawy względem prawdy. Czyż wniosek nie nasuwa się sam? Ergo, powinniśmy kierować się jak ortodoksyjna obrończyni prawdy, a porzucić wszelką niezgodność myśli ze słowem ? Jestem jednak zdania, że to właśnie druga postawa może być z czystym sumieniem obrana i to bez ujmy dla prawdy.

Stary błąd

Dawni kazuiści nie mieliby większego problemu z rozwiązaniem problemu i uzasadnieniem tego stanowiska. Przynajmniej dwóch z nich – Thomas Sánchez i Vincenzo Filliucci, jezuici z przełomu XVI/XVII wieku – pouczali o tzw. „zastrzeżeniach myślowych”. Chodziło o to, że mówca na głos wypowiada zdanie fałszywe, zaś w myślach dodaje warunek, który normalnie nadawałby temu zdaniu charakter prawdziwy, lecz rozmówca o tym nie wie. Uważali oni, że nie jest to kłamstwo, bo „w duchu” zdanie jest przecież prawdziwe, choć w praktyce wprowadzało kogoś w błąd. W tej logice liczyła się zgodność wypowiadanych słów z intencją mówiącego, a nie z rozumieniem słuchającego. Nauka ta dopuszczała więc wprowadzanie w błąd słuchacza, byle tylko prawdę zachować dla siebie. Furtka w głowie, sumienie czyste, zamiast kłamstwa chwalona zręczność.

Kiedy jednak przychodzi do oceny tego z dzisiejszej perspektywy, zgodnie możemy przyjąć, że owa logika jest obłudna, zaprzeczająca prawdomówności. Prawda nie jest czymś, co zachowuje się wyłącznie dla siebie. Jej kryterium Jezus wyostrza, mówiąc o Natanaelu jako o Izraelicie „w którym nie ma podstępu” (J 1,47). Użyte tu greckie słowo dolos oznacza także przynętę na ryby, a w kontekście właśnie mowę podwójną, chytrą, z ukrytym haczykiem. „Rideam vanitatem, aut exprobrem caecitatem?” – jakby to rzekł Tertulian. Zatem, nauka ta, z racji sprzeczności z ewangeliczną przesłanką, wciąż nie dała nam satysfakcjonującego uzasadnienia.

Złoty środek

Treść mowy musi podlegać określonej i niedwuznacznej konwencji słownej. Oczywiście wyklucza się z tego kryterium wszelkie przejawy fikcji literackiej. Wspomnieliśmy, że prawdomówność jako cnota czyni nas zdolnymi do uzgadniania słów i czynów z wewnętrzną myślą. Jednak Doktor podkreśla, że „trzeba nadto by wszystkie okoliczności tego mówienia były takie, jakie być powinny”. Znamiennie, nie traktuje się tego jako normy sztywnej – przestrzega się jej o tyle, o ile pozwalają okoliczności.

Człowiek cnotliwy nie ujawnia sądu umysłu zawsze i wszędzie. Musi rozważyć, gdzie, kiedy i jak komunikować myśli, bo – jak uzasadnia Tomasz – „prawdomówność stanowi złoty środek, usprawniając człowieka by prawdę mówił, gdy trzeba i tak jak trzeba. Przesadą, czyli nadmiarem grzeszy, kto mówi prawdę w niestosownej chwili; niedomiarem natomiast, gdy ukrywa wtedy, gdy trzeba ją ujawnić”. Dlatego niekiedy myśli celowo się zakrywa, bo ich ujawnienie przyniosłoby większą szkodę niż pożytkiem. Tak pisze Doktor: „Przez twierdzenie, gdy ktoś nie ujawnia całego dobra, które posiada (…). A to może stać się bez uszczerbku dla prawdy”. Nie jest to zaprzeczeniem prawdy, a nauka ta jest prawdopodobna.

Stopniowanie prawdy

Dopuszczalność tej normy pozytywnej staje tym bardziej prawdopodobna, im bardziej opiera się na autorytecie znacznej miary. Choć Tomasza za taki uznać możemy, potrzeba nam większego, a więc sięgającego samych szczytów ekonomii zbawienia. Bóg bowiem daje ludziom stopniowy udział w swojej prawdzie, a Jezus mówi: „Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego” (J 5,19). Syn nie może być w sprzeczności ze swoim Ojcem, zatem i sprzecznością nie jest, kiedy prawdomówny oznajmia prawdę stopniowo i nie wszystkim. Kiedy Jezus mówi: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”, dodaje zaraz: „Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie” (Mt 11,25-26). Skoro więc w Bożym zamyśle tak to zostało skonstruowane, tak i jest w rzeczywistości.

W istocie prawdomówności nie leży więc bezwzględność w sensie formalnym czy komunikacyjnym, lecz wierność prawdzie połączona z rozeznaniem adresata i okoliczności. Słowo prawdziwe jest skarbem tak cennym, że Jezus przestrzega, aby prawda nie zmieniła swojego przeznaczenia, mówiąc: „nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały” (Mt 7,6). Jezus wyznacza tu poziom, poniżej którego zejście będzie nauczaniem nienauczalnych, wyjawianiem prawd zasługujących na nieujawnianie wszystkim kto miał tak, że próbował przemówić do rozsądku upartego, wiedząc, że ma rację, a w zamian sam oberwał, ten wie, o czym tu mowa. Za przykładem najwyższym, wypowiadana mowa musi odzwierciedlać wewnętrzny stan, ale go nie przekraczać, nie dodawać słowem niczego, co nie istnieje w sercu. Bynajmniej nie wszystko, co dzieje się w naszym poznaniu, można i trzeba wyrażać słowami.

Worek z jabłkami

Wciąż pozostaje dolna granica, czyli norma negatywna, która bezwzględnie zabrania kłamstwa. Czy jednak jej nie naruszamy, prowadząc te dysputy? Może i można odnieś takie wrażenie, gdybyśmy prawdomówność zubożyli do jednego wymiaru, tym samym wtórując pierwszej postawie, jaką przytoczyłem na początku. Ale to tylko jeden kąt patrzenia. To tak, jakbyśmy mieli worek pełen jabłek. Kiedy ktoś nas zapyta, co jest w środku, a my odpowiemy, że gruszki – skłamiemy. Kiedy natomiast powiemy, że jabłka, mówimy prawdę, choćbyśmy, chcąc podzielić się z nim owocami, nie oddali rozmówcy całej zawartości worka.

Możliwość ta nie oznacza, że prawdą można dowolnie rachować. Dozwolonność zachowania części prawdy i nieujawniania jej odbiorcy ograniczona jest innymi normami, jakie wynikają z samej istoty prawdomówności, stojącymi obok już wspomnianego pojęcia prawdy jako zgodności słowa z myślą. Słowo oddaje myśl wiernie, lecz nie podlega obligacji, by wyrażać cały zbiór myśli, co udowodniliśmy powyższymi rozważaniami. Z istoty prawdomówności wynika ponadto, po pierwsze, boży pierwowzór, a po drugie, ludzki cel słowa, zacznijmy od tego drugiego. Po co mówimy coś komuś?

Prawda w służbie miłości i budowania wspólnoty

W ogólności każde słowo ma pomnażać miłość w nas, w bliźnich, a więc i w całym społeczeństwie, budując i podtrzymując wspólnotę, która w sensie duchowym i moralnym może istnieć tylko wtedy, gdy panuje harmonia myśli i słów tworzących ją członków. Dlatego każde słowo, które nie płynie z miłości ku dobru, jest bezsensowne, bo nie może budować wspólnoty. Choć to uzasadnienie wydaje się niczym nie wyróżniać chrześcijan – bowiem prawdziwość świata zdaje się polegać na prawdomówności, a jej autentyczny rozwój nie może opierać się na kłamstwie – w tym momencie do gry wchodzi boski pierwowzór: norma negatywna, czyli ósme przykazanie, jest moralnym minimum, drogowskazem wskazującym kierunek, którego bezwzględnie należy unikać, a logicznie podsuwającym odmienną orientację, która jednak pozostaje dyrektywą niesprecyzowaną, w sensie że nie podaje precyzyjnie, czego oczekuje.

 Aby mowa ludzka w sensie moralnym sięgnęła wyżyn bliskich ideałowi, musi upodabniać się do pierwowzoru, jakim jest Bóg – którego przejawy w kwestii prawdomówności, to znaczy Słowo Boga, kiedy stało się ciałem w Jezusie, dało świadectwo w Jego osobie samo o sobie: to, co czynił i mówił, i w jaki sposób, zgodne jest z Bogiem, stając się dla nas normą najwyższą i wzorem, jak wcześniej zasygnalizowaliśmy. Zatem tylko takie słowo ludzkie, bliskie Słowu, a postawa człowieka cnotliwego zbliża się do naśladowania Boga, realizując jego zamysł, gdy służy dobru i pomnaża kapitał miłości w świecie – to już wyższy poziom realizacji cnoty, a zatem i boskiego wzoru.

Oddaliliśmy się od minimum, lecz na tych wyżynach, będących normą pozytywną – taką, która mówi, co należy czynić – można postawić nowe minimum: pierwowzór zabrania korzystania z prawdy, a więc i mówienia, ze szkodą dla bliźniego. To jak wspinaczka na szczyt góry. Przystanąć trzeba na niższych partiach, choć nie podnóżu, bo cofnięcie się z nich oddala od celu, a poprzestanie na nich i ich minięcie jest konieczne w drodze ku najwyższym. Takie szkodliwe mówienie następuje, gdy prawda pada ofiarą manipulacji mówiący, którego określimy jako człowieka bezlitościwego i bezdusznego, nieczułego na dobro bliźniego i konieczność budowania miłości, której prawda ma bezwzględnie służyć.

Horyzontalny i wertykalny wymiar prawdy

Zachowanie więc harmonii, a unikanie rozdwojenia, to dolna granica, której unikanie, prowadzi do realizacji celów wyższych, a tymi są, jak powiedzieliśmy, zważanie na cel słowa i bycie wcieleniem boskiego pierwowzoru. Rozłożenie tych spraw na czynniki pierwsze, pozwala mi stanowcze opowiedzenie się za postawą, której dalekie jest postawienie prawdy i jej zachowanie, jako cel jedyny w sobie, co znaczy, że pomija ono dwa pozostałe filary cnoty prawdomówności. Wydawać by się mogło, że służba prawdzie jest chwalebna. Prawda, ale ta służba, to nie tylko mówienie tego co się myśli, ale właśnie zważanie, na dwa pozostałe filary, a te dopuszczają zachowanie pewnych prawda dla siebie, o ile nie służą one budowaniu społeczeństwa, co rozumiemy, jako realizacja w wymiarze horyzontalnym, międzyludzkiej społeczności, zaś realizacja cnoty w wymiarze wertykalnym, uwzględnia właśnie to upodobnienie do Boga.

Oba wymiary są komplementarne, czyli są doskonałością, kiedy współistnieją, a to zakłada, że mówienie prawdy nie jest bezwzględne, tylko uwarunkowanie koniecznością budowania wspólnoty z Bogiem i między ludźmi. Jednakże, moja aprobata dla tej drugiej postawy, może na pozór oznaczać, że przekonuję o tym, że można dowolnie szachować tym co mówimy. Bliscy bylibyśmy wtedy utylitaryzmowi, który przekonuje nas o dobru, które dobre jest, kiedy jest użyteczne. Skoro stopniowaniem prawdy, zachować możemy pozór zgody i relacji, to dlaczegóż by tak nie żyć, nie unikać kłótni, wymiany zdań i wielu innych zawirowań międzyludzkich? A nuż, daleki jestem od nazywania dobrem tylko ze względu na jego użyteczność. Jak wspomniałem, grozi nam to życiem w pozorach, które jednak prędzej czy później runąć mogą. Potrzebujemy konkretnego kryterium, którego znajomość pozwoli w sumieniu zdecydować, co służy miłości, a tym samym nie popaść w konformistyczną, teatralną grę.

Roztropność i dyskrecja jako fundament relacji

Postawa, która nie chce traktować prawdy, jak miecz obosieczny, za kryterium jej przed tym chroniące potrzebuje miłości. Rozumiana jako pragnienie dobra dla drugiego, nie ma jednego wymiaru, lecz wiele, a jednym z nich jest roztropność, ujmowana nawet jako cnota teologalna, bez której wszystkie pozostałe narażone są na wypaczenie. Cnota ta współistnieje z inną sprawnością ludzką, dyskrecją. Obu służyć powinna mowa, ponieważ tylko wtedy nabywamy sprawności rozsądzenia, czy formalnie prawdziwe słowo daje świadczy o tym, że mówimy prawdę i buduje członków społeczeństwa łącząc ich w jedno, na wzór jednego organizmu, ciała Chrystusowego, którego jesteśmy członkami, czy wręcz przeciwnie, dana prawda odseparowuje tychże członków, zaskorupiając pojedyncze członki. To nic innego jak subtelne wyczucie, które wskazuje prawdzie, w jaki sposób ma „pachnieć” miłością i jej być poddaną.

Pułapka pozorów

Oddanie tego, co konieczne społeczności, w sensie moralnym, a nie jedynie funkcjonalnym, czyli tego o czym teraz mówimy, jest narażone na niebezpieczeństwo bycia furtką dla pewnej swobody, lecz względem Boga, tylko formalizmu. Mam tu na myśli sytuację, których nie brakło w pismach dawnych kazuistów, wspomnianych na początku, a które to wciąż są aktualne. W ich nauczaniu nie brakowało objaśnień, jakoby można było tak sterować intencją aktu, że pozornie, Bogu oddawało się co boskie, a człowiekowi, co ludzkie.

Nie inaczej rzecz ma się z mową, ta bowiem, kiedy za cel obierze sobie nie miłość, ale chociażby dyskrecję, może potraktować ją, jako usprawiedliwienie dla kłamstwa, w którym to zatajenie prawdy, choć rzekomo w dobrej intencji, wprowadzi odbiorcę w błąd. Pamiętajmy, że cel nigdy nie usprawiedliwia środków, a środkiem nigdy nie może być rzecz z natury zła, jaką jest złamanie ósmego przykazania. Inną sprawą jest roztrzepanie, gadulstwo, które to w swoim popędzie, wyrazi coś, co w następstwie opadnięcia tegoż popędu, odkryje swoją naturę kłamstwa. Taki człowiek, winien będzie grzechu lekkiego, o ile nie wyjawił w swoim gadulstwie rzeczy o poważnej materii.

Miłość wymagająca subtelności

Miłość jako usposobienie duszy, otwiera przed człowiekiem konieczność płynącą z analogii worka jabłek. Ten, kto nią żyje, subtelnie rozstrzyga, czy wyjawić rozmówcy całą jego zawartość, gdy pyta, ponieważ nie każdej duszy taka pełnia wiedzy jest dana ku pożytkowi, lecz tylko tej, co w niej zakiełkuje. Postawa nie zawsze werbalizująca myśli wymaga zatem dalszych doprecyzowań; cnót wspomagających miłość, dostarczających praktycznych wskazówek. Po pierwsze, wymaga wzrostu w cnocie prostoty, zgodnie z nakazem Jezusa: „Bądźcie roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie” (Mt 10,16).

Nieskazitelność ta – esencja prostoty i szczerości – przeciwstawia się obłudzie, rozdwojeniu i podstępowi, wyrażając się w habitus (trwałym usposobieniu) i actus (konkretnych aktach). Jednolitość wymagana przez Boga rodzi po drugie pokrewną cnotę szczerości: sprawność otwartego serca, wyrażającą wstręt przed ukrywanie prawdy dla samego ukrycia. Prostoduszny człowiek kochający bliźnich nie może uosabiać pierwszej postawy (bezwzględnej szczerości), bo tam miłość zanika; wcielając drugą, niekiedy zachowuje prawdy w milczeniu dla ich dobra, realizując miłość. Miłość zatem nie czci prawdy samej w sobie, lecz prawdy służącej innym w duchu miłości – jako wyraz miłości wypowiadającego.

Miłość kieruje ku nadprzyrodzonemu celowi życia, a jej środkiem – obok prawdomówności – jest dyskrecja, inny sposób odwzorowania boskiej doskonałości w Jezusie. Wyobraźmy sobie miłość jako matkę, co rodzi siostry-cnoty. Każda uosabia jej rysy, splata się z pozostałymi więzami solidarności. Prawdomówność łączy się tu z dyskrecją, umiejętnością milczenia w sprawach innych. By wiedzieć, kiedy milczeć, trzeba czuć cudzą wrażliwość, poznając człowieka, nie chytrze wypytując, lecz na miarę sił badając grunt. Czy prawda w nim zakiełkuje ku rozwojowi? Dyskrecja sprzeciwia się nierozwadze, podstępowi, złości, które szastają prawdą, niszcząc szlachetne dzieła.

Cisza, która rodzi słowo

Wszystko to wyrasta z głębszych sprawności duszy. Wybór przemilczenia nie oznacza, że prawdę mówi się zawsze. Są prawdy, których nawet ich zwiastuni nie wypowiadają, jak jawne nazwanie kogoś brzydkim, choć tak go w sercu widzą. Ich cechuje gadulstwo, co słowom odbiera powagę i głębię: słuchając ich, nie wierzymy w echo wewnętrznego stanu, lecz w pustą formę przerastającą treść. Nieumiejętne mówienie prawdy – nieczułe na dobro i nieznające człowieka, do którego zmierza – bardziej rani niż leczy, bo nie każda prawda buduje; gdy staje się celem samym w sobie, karmi złudzeniem: „dotrzymałem prawdzie, uniknąłem kłamstwa”. A przecież wykazaliśmy, że wstrzymanie wewnętrznego przekonania nie zawsze jest kłamstwem.

Co więcej, milczenie zasługuje na najwyższą cześć jako niedoceniona moc człowieka. Zanim słowo popłynie, powinno zrodzić się z wewnętrznej ciszy: z oczyszczenia umysłu i uciszenia namiętności, które przesłaniają cel prawdy, to znaczy dobro oraz miłość wobec adresata. Umysł uciszony rodzi słowo jako owoc miłości w nim zakorzenionej dla miłości; nieczystości myśli natomiast wywołują jedynie skurcze pozornego porodu, bolesne i gwałtowne, lecz jałowe, wypychające słowo nie ku dobru, lecz ku własnemu zaspokojeniu i nieszczęściu drugiego. Czysty umysł i spokojne wnętrze nie dają się porwać namiętnościom, emocjom ani motywom, które odwracają prawdę od jej celu; dopiero w takiej ciszy wola odzyskuje prawdziwą wolność wyboru.

Przestrzeń dla trudnej prawdy

Lecz komu konkretnie trudna prawda służyć będzie miłości? Często wskazuje się przyjaźń. To przestrzeń, gdzie dla dobra przyjaciela mówi się to przykre, lecz konieczne, pod warunkiem, że jest na krytykę otwarty, co bada się w czasie wzajemnego poznawania. Przyjaźń to relacja wzrostu, gdzie członkowie kształtują się nawzajem; jeśli trudne słowa ją osłabiają albo trzeba szukać lepszych dróg komunikacji, albo była tylko fasadą. Warto pytać: co stanie się, gdy wstrzymam krytykę? Jeśli nie ugruntuje drugiego w złu ani nie pozwoli mu oddalać się od dobra – można milczeć. Lecz gdy znacząco to grozi, w imię miłości konstruktywna prawda winna paść. Zatem surowe ujawnianie prawdy nie zawsze jest wskazane. Gdy je wybierzemy, potrzeba inteligencji. Mówić tak, by nie ranić ani nie kłamać, a od adresata, zdolności interpretacji, zwłaszcza gdy dla jego dobra zaszyfrujemy trudną prawdę wedle jego miary. Nie samej prawdzie służymy wtedy, lecz miłości – jej prawdzie podległej, jej kryterium.

Dwuznaczność, interpretacja i kontekst

Poświęćmy chwilę interpretacji, której definitywnego dokonania nie sposób bez znajomości okoliczności wypowiedzi: nie wiemy, czy ktoś mówi poważnie czy żartuje, gdy nie znamy mówiącego, kontekstu ni sposobu przekazu, dwuznaczność bowiem zależy od sytuacji oraz od tego, jak rozsądny słuchacz ją pojmie. Przykładem Jezus do apostołów: „Wy idźcie na święto; Ja jeszcze nie idę na to święto, bo czas mój jeszcze się nie wypełnił. To im powiedział i pozostał w Galilei. Kiedy zaś bracia Jego udali się na święto, wówczas poszedł i On, jednakże nie jawnie, lecz skrycie” (J 7,8-10).

Uczniowie nie pojęli słów Pana; w owych okolicznościach wypowiedź nie była kłamstwem, lecz mogła być opatrznie zrozumiana przez słuchaczy. Nie oznacza to obowiązku ujawniania całej prawdy w każdej chwili; człowiek może takim sposobem mówić, o ile rozmówca nie ma moralnego prawa do pełnej wiedzy – apostołowie bowiem nie posiadali prawa poznania wszystkich planów Jezusa, które On stopniował. Dwuznaczność staje się zatem koniecznością życia moralnego, chroniącą prywatność, tajemnicę i – w pewnych okolicznościach – właściwy porządek komunikowania zaszyfrowanego, gdy tylko w taki sposób można powiedzieć prawdę, licząc, że rozmówca urażony nie będzie, a sens odczyta; nie można jednak usprawiedliwiać kłamstwa twierdzeniem, że mówiono jedynie dwuznacznie.

Przeciwko fanatyzmowi i pochlebstwu

Przynajmniej na ten moment, badając sprawę, nie przekonuje mnie ideał człowieka zawsze mówiącego to, co myśli. W mojej opinii, to fanatyzuje prawdę, rozkładając ją od środka, a przede wszystkim zdradza jej cel – miłość – burząc życie społeczne zamiast je budować. Innymi słowy, bezduszna służalczość prawdzie jest przeciwieństwem oddania się jej sercem i duchem, czyli miłością. Druga sprawa to wspomniane gadulstwo, lizusostwo lub aktorstwo. Katechizm ostrzega: „Należy potępić wszelkie słowa lub postawy, które przez komplementy, pochlebstwo lub służalczość zachęcają i utwierdzają drugiego człowieka w złośliwych czynach i w przewrotności jego postępowania. Pochlebstwo stanowi poważne przewinienie, jeżeli przyczynia się do powstania wad lub grzechów ciężkich”.

Co znamienne, nawet przyjaźń czy potrzeba przysługi nie usprawiedliwiają moralnie pięknej, lecz dwuznacznej mowy, to grzech lekki, gdy „zmierza jedynie do bycia miłym, uniknięcia zła, zaradzenia potrzebie, otrzymania uprawnionych korzyści”.

Jedne i drugie, jako liczne oblicza postawy co prawdę na tron bóstwa wynosi, zdają się bardziej pragnąć wynieść mówiącego na wysoki piedestał i otulić jego duszę głębokim spokojem, niźli – jak w tej drodze, o której tu rozprawiamy – postawić na pierwszym miejscu drugiego człowieka, wedle prawa miłości, gdzie nie mój własny komfort ma wagę, lecz jego dobro, lecz tylko wtedy, gdy prawda tej miłości służy i z niej jak rzeka wypływa. Bo przecież i milczenie, i wstrzymanie słowa, gdy czas woła o głos, samo w sobie stawia mnie ponad innymi, czyniąc z siebie centrum świata, a wszak takie milczenie bywa zgubne najbardziej, jak gdy rodzina w gniewnym, ciężkim, nienawistnym ciszy przy stole siedzi, co rany nie goi, lecz je w sercach pogłębia i rozlewa truciznę.

Ku dojrzałej autentyczności

Podsumujmy te rozważania, dalekie od zamiaru, by kogokolwiek przekonać, iż chodzi o obronę kłamstwa; nic podobnego, spójrzmy na cnoty bliskie sprawiedliwości, co biorą w opiekę długi możliwe do spłacenia, lecz nie nakazują ich oddawać bez wyjątku, bo sprawiedliwość sama w sobie nie żąda twardego bezwzględności; tak samo prawdomówność nie wiąże nas kajdanami obowiązku, by prawdę przed wszystkimi rozgłaszać, lecz tylko przed tymi, co prawo do niej mają i którym ta prawda do dobra może się przyczynić.

Postulat szczerości oraz wysoko dziś cenionej autentyczności domaga się równoważenia przewagą treści moralnie dodatnich. Gdy bowiem na tej szali przeważy sama prawda, łatwo przeobraża się ona w brutalne i nieumiarkowane wyrażanie myśli, nawet odnoszących się do dobra, które jednak żadnego dobra nie budują. Co więcej, takie nieuporządkowane dawkowanie zła może przynieść skutki odwrotne od zamierzonych: zamiast budować, wzbudza złość i gniew, wciągając zarówno adresata, jak i nadawcę w krąg dynamicznego zła; wzajemnego miotania się „prawdami” nie dla miłości, lecz jako formą obrony lub ataku w słownej potyczce o zwycięstwo i porażkę.

Nie­kontrolowana, animalna spontaniczność bywa wówczas mylnie podnoszona do rangi autentyczności. Dopuszczalne, a niekiedy wręcz roztropne pozostaje faworyzowanie dobrej, choć jeszcze nie w pełni uwierzytelnionej ekspresji zewnętrznej, podczas gdy siłę prawdy złej, a czasem nawet jej konieczność, należy łagodzić umiarem ze względu na dobro drugiego. Prawda bowiem pozbawiona miłości rani i burzy, miłość zaś oderwana od prawdy więdnie i ostatecznie bankrutuje.

Autor publikujący w Siejmy, magister licencjonowany teologii moralnej, licencjat pracy socjalnej, wychowawca w placówce opiekuńczo-wychowawczej.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy