Adwent

Adwentowa nadzieja

Adwent to czas nadziei. Tej prawdziwej, zakorzenionej w Chrystusie i oczekiwaniu na Jego przyjście. W świecie zdominowanym przez chłodne kalkulacje, prognozy i czystą logikę, prawdziwa nadzieja jawi się często jako coś irracjonalnego. A jednak właśnie to ona jest sercem chrześcijańskiego czuwania i przygotowania. Nadzieja nie jest złudzeniem ani naiwnością, lecz mocą, która prowadzi ku Paruzji i uczy odrzucać fałszywe wyobrażenia.

Adwent to czas nadziei. Bo cóż innego jest prawdziwą istotą naszego czuwania, oczekiwania i przygotowania, jak nie właśnie nadzieja? To ona znajduje się w sednie każdej sensownej drogi przeżywania tego czasu.

O nadziei jako cnocie lub jako pewnym intuicyjnie rozumianym stanie, towarzyszącym naszemu przeżywaniu codzienności, napisano i powiedziano już wiele. Ja chciałbym jednak skupić się w tym miejscu na jednym jej aspekcie. Jest nim pewna pozorna irracjonalność nadziei, widoczna szczególnie w odniesieniu do przeżywania pierwszej części Adwentu.

Czemu pozorna? Otóż, jestem głęboko przekonany, że wielu spraw (a szczególnie tak boskich i nieskończonych, jak nadzieja) nie będzie nam dane w pełni zrozumieć w doczesności. Zatem tu na ziemi mogę myśleć czasem o nadziei jako irracjonalnej. Równocześnie wierzę jednak, że jest to tylko pewien pozór, wynikający z ograniczoności mojego poznania.

Tak właśnie czasem jawi mi się nadzieja – nawet taka, którą osobiście przeżywam lub pielęgnuję. Patrząc wyłącznie przez pryzmat tego świata, bywa ona czymś nieracjonalnym, czasem szaleńczym, a nawet dla niektórych – jest po prostu zwyczajną głupotą.

„Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia.”

1 Kor 1, 18

Tak, jak tu stoję – przyjdź Królestwo Twoje

Siła nadziei stosunkowo często leży w odrzuceniu chłodnych prognoz i statystyk. Czy w świecie opartym o rachunek zysków i strat, mitygację ryzyka i podporządkowanie teoriom naukowym, nie brzmi to właśnie irracjonalnie?

Wyobraź sobie, że podchodzi do ciebie na ulicy ekstrawertyk, nie masz dokąd uciec, a on zadaje ci pytanie: czy serio teraz czekasz z nadzieją na koniec świata? na zstąpienie z niebios Chrystusa i sąd ostateczny? serio tak bardzo ci się spieszy? masz taką nadzieję, że to się wydarzy?

Cóż… Mówimy przecież codziennie w Modlitwie Pańskiej: „…przyjdź Królestwo Twoje…”. Czasem podczas Mszy odśpiewujemy w niebogłosy: „…i oczekujemy Twego przyjścia w chwale”. A przecież mamy tyle jeszcze do zrobienia…

Jedni chcą skończyć studia, drudzy wziąć ślub, bądź przyjąć święcenia; kolejni odliczają ostatnie tygodnie do narodzin pierwszego dziecka, a jeszcze inni muszą przecież dokupić ryb i kapusty, bo nie daj Boże zabraknie jedzenia na stole wieczorem 24 grudnia…

Wszyscy mamy coś jeszcze do zrobienia. Nie opłaca się teraz ten koniec świata. Boże, poczekaj jeszcze chwilę, aż mi się ten mój życiowy rachunek zysków i strat przynajmniej wyzeruje. Teraz jestem jeszcze nie gotowy.

No tak. Tyle, że nadzieja – w tym przypadku na nadejście czem prędzej rzeczy ostatecznych – nie jest ludzkim wymysłem. Jej pielęgnowanie i życie nią wymaga więc pewnej pozornej (doczesnej) irracjonalności.

Temu czepialskiemu ekstrawertykowi z przykładu powyżej, należałoby więc odpowiedzieć: TAK! Jeszcze jak! Z tą niekupioną rybą i kapustą, tak, jak tu stoję – przyjdź Królestwo Twoje… Boże!

Przygotowanie

No ale jak to?! To chrześcijańskie życie nadzieją idzie aż tak daleko? Mamy aż tak frywolne podejście, że bez najmniejszej chłodnej kalkulacji spraw doczesnych, oczekujemy choćby tu i teraz końca świata?

Zasadniczo tak. Właśnie dlatego tak bardzo w Kościele podkreśla się na każdym kroku wagę nieustannego przygotowania i czuwania. To dlatego mówi się, że Adwentem nie są jedynie cztery niedziele w roku, ale jest nim całe nasze życie.

Czy jesteśmy jako chrześcijanie zdolni do takiej nadziei? Czy jesteśmy tymi, którzy ciągle czuwają, zawsze są w stanie łaski uświęcającej, na świeżo po przyjęciu odpustu zupełnego i – niczym petent w urzędzie skarbowym – gotowi na wszystko?

Dobrze by było. Obawiam się jednak, że jest to nie do końca wykonalne. Ale czy z powodu naszej niedoskonałości, mamy rezygnować z nadziei? Mamy przestać przejmować się tym, co wieczne – nie zawsze w pełni zrozumiałe – i powrócić do chłodnej kalkulacji codzienności? Co ciekawe, w pewnym sensie jestem głęboko przekonany, że i w takiej sytuacji niebo będzie się nam „opłacać”. Tyle, że wtedy ułożymy świat w myśl wezwania: „bądź wola moja”. Strach jednak pomyśleć, gdzie po śmierci trafimy z tym naszym perfekcyjnym excelem – bez funkcji Bożej woli i ze skasowanym arkuszem dotyczącym nadziei.

Zatem prawdziwie chrześcijańskie życie nadzieją, nie zwalnia nas z pewnego przygotowania na rzeczy ostateczne. A może raczej – czynienia najlepszych starań (być może tylko takich, jakie akurat są dla nas dostępne), aby być gotowym na niebo. Nie jest to w żadnym wypadku chłodna kalkulacja, bo ostatecznie nie wiemy, kiedy to nastąpi. Liczy się jednak to, że jakoś jednak żyjemy tą rzeczywistością. Nie stawiamy wyżej naszych doczesnych trosk i kalkulacji.    

Fałszywa nadzieja

Na koniec chciałbym jednak poczynić jedno, ważne zastrzeżenie. Czasem bowiem dzieje się tak, że coś, co wydaje się nam być nadzieją, jest w istocie jej pozorem – antynadzieją. Wtedy może się zdarzyć, że nie tylko świat zacznie zwracać nam uwagę, że coś jest nie tak, ale i patrząc po Bożemu na to, co przeżywamy lub pielęgnujemy, dojdziemy do wniosku, że jest w nas pewien fałsz. Pewne okłamywanie się – coś nielogicznego, sprzecznego z porządkiem – ale tym razem również w oczach naszego Stwórcy i Ojca.

To wszystkie te sytuacje, w których ta pozorna „nadzieja” staje się pułapką. Stan ten zaczyna wiązać nas w toksycznych relacjach, wspomnieniach lub marzeniach, czy też po prostu zakłamywaniu rzeczywistości, w imię jakichś wyobrażeń.

Będzie to więc choćby to poddawanie się tym wszystkim apokaliptycznym wizjom i teoriom spiskowym o końcu świata, które nie mają nic wspólnego z chrześcijańskim oczekiwaniem w nadziei na Paruzję. Nie trzeba zagłębiać się w dalekie zakątki internetu, aby zobaczyć, jak wielu ludzi ekscytuje się – nawet pozornie chrześcijańskimi – teoriami wynikającymi rzekomo z objawień prywatnych, czy też zupełnie pogańskimi wierzeniami w tym zakresie (jak choćby słynna sprawa kalendarza Majów w 2012 roku). Jak to śpiewał kiedyś zespół Piotra Rubika:

„Zapowiedziano znów koniec świata
Ludzie widzieli znaki na niebie…

Zapowiedziano znów świata koniec
Ktoś wielkim głosem woła na trwogę…

Zapowiedziano znów świata koniec
Znane jest miejsce, znana jest data…”

Fałszywa nadzieja prowadzi na manowce. Nie ma nic wspólnego z tą cnotą i tym stanem towarzyszącym naszej chrześcijańskiej codzienności. Widać to na każdym poziomie naszego życia, w niemalże każdej sytuacji.

Śmiejemy się, że Świadkowie Jehowy już kilka razy przekładali koniec świata; albo że są ludzie, którzy są święcie przekonani, że koniec świata zależy od kończącego się miejsca na papieskie portrety w Bazylice św. Pawła za Murami. Tymczasem spójrzmy na siebie. Sami żyjemy jakąś wymyśloną nadzieją (w wymyślonej pewności), co do ożywienia zakończonych relacji, naszej zawrotnej kariery, stanu posiadania lub własnego rozwoju osobistego. Okłamujemy innych, ale co gorsza – przede wszystkim samych siebie.

Antynadzieja to siła równie destrukcyjna, co kusząca. Jest tak piekielnie niezobowiązująca… Troskę o sprawy ważne zamienia w bezbolesne przeżycie, a nawet bardzo niezdrową ekscytację. Tymczasem życie prawdziwą nadzieją nie usuwa bólu. Czasem wręcz pozwala mu trwać, nadając temu jakiś sens lub pomagając w jego znoszeniu. Prawdziwa nadzieja jest naszym partnerem w procesie dojrzewania i przemiany. Nie wymaga naszej doskonałości i wszechwiedzy, które de facto kończą się ułudą.

Tak, prawdziwa nadzieja bywa po ludzku niezrozumiała, a nawet właśnie irracjonalna. Jej właściwe przeżywanie i umieszczenie jej jedynej właściwej wersji w każdym aspekcie naszego życia, jest ogromnym wyzwaniem. Może właśnie szczególnie w Adwencie, warto się nad tym głębiej zastanowić? Czy żyję prawdziwą nadzieją na Paruzję? A gdzie w swoim życiu się okłamałem i żyję tylko ułudą tej lub innej nadziei?

Założyciel Siejmy. Poszukujący woli Bożej.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy