Duchowość

W razie niebezpieczeństwa proszę się przeżegnać

Czasami mamy wrażenie, że modlimy się tylko wtedy, kiedy potrzebujemy czegoś od Boga. Czy faktycznie tak jest? Czy nasza modlitwa jest zależna od naszych potrzeb? I czy jest w tym coś złego?

Kompletnie nie miałam pomysłu na temat tego felietonu. Więc wczoraj wieczorem powiedziałam “Panie Boże, ześlij mi w nocy sen, a ja na jego podstawie napiszę felieton”. I śniły mi się samoloty. Głównie ich lądowanie. Więc to będzie felieton o lądowaniu samolotów. Ale też o ich startowaniu. No i trochę o turbulencjach. Jednak przede wszystkim tematem jest modlitwa.

Generalnie nie boję się latać samolotem. Są jednak momenty, kiedy chwyta mnie strach. Kiedy pojawiają się większe turbulencje, oczywiście, bo oznacza to, że coś nie jest w normie. Dosyć często odczuwam też niepokój podczas startu i lądowania samolotu, bo statystycznie to właśnie wtedy ma miejsce najwięcej katastrof. W takich momentach nie mogę zbyt wiele zrobić, jako że nie jestem jeszcze w stanie utrzymać samolotu w powietrzu siłą woli. Jedyne więc co mi pozostaje, to modlitwa.

Czuję wtedy jednak lekkie ukłucie niepewności i poczucia winy. Mam wrażenie, że jestem uosobieniem powiedzenia: Jak trwoga, to do Boga. No bo jak to jest, że kiedy tylko zaczynam się czegoś bać, to od razu zaczynam się modlić? Czy moje całe życie nie powinno być jedną, wielką modlitwą? Czy nie powinnam pamiętać o Bogu cały czas, a nie tylko w chwilach potrzeby?

Są to pytania, z którymi mierzy się pewnie każdy katolik. Zauważamy niestałość i zależność między częstotliwością modlitwy a naszymi potrzebami. Kiedy pojawiają się takie myśli, warto się na chwilę nad nimi zatrzymać i zastanowić, jak to u nas rzeczywiście jest z modlitwą. Bo czasami może rzeczywiście tak być, że modlimy się tylko wtedy, jak sobie przypomnimy o Bogu. A że jest to zwykle wtedy, kiedy czegoś akurat potrzebujemy…

Zadawanie sobie takich pytań jest zdrowe i świadczy o wrażliwym sumieniu. Jednak jeżeli mamy stały plan pobożności i staramy się go trzymać, raczej nie mamy o co się martwić. Może nie modlimy się w losowo wybranym momencie dnia, może moglibyśmy popracować nad częstotliwością naszych aktów strzelistych… Ale są pewnie modlitwy, które odmawiamy o stałych porach. Są takie, które odmawiamy codziennie. A takie zrywy modlitewne są jak najbardziej naturalne. To oczywiste, że są momenty, kiedy bardziej potrzebujemy pomocy i opieki Boga. I nie ma niczego złego w tym, żeby w takich chwilach do Boga się zwracać.

Dobrym sposobem na zadbanie o to, żeby modlić się nie tylko wtedy, kiedy czegoś od Boga potrzebujemy, jest traktowanie modlitwy jako nieustannego dialogu. Modlitwa nie musi wyłącznie przybierać ustalonej formy słownej jak np. ‘Ojcze Nasz’ czy ‘Zdrowaś Maryjo’. Może też ona być zwyczajną rozmową z Bogiem. Możemy dziękować Mu za dobre rzeczy, które nas spotkały, opowiadać o naszych marzeniach, planach i zmartwieniach… Wtedy nie będzie dla nas czymś dziwnym, że zwracamy się do Niego, kiedy ląduje nasz samolot – jest to po prostu kontynuacja niekończącego się dialogu, który z Nim prowadzimy.

Redaktor prowadząca portalu StworzOna.pl. Autorka artykułów w e-magazynie Siejmy.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy