Spisek teorii
Słowo Boże zawsze warto czytać. Za którymś czytaniem danego fragmentu Biblii pojawia się oczywiście znużenie. Gdyby się nie pojawiało, byłoby to wręcz coś dziwnego. Ze znużeniem po prostu się walczy – systematycznością i przełamywaniem samego siebie, bo przecież „stać mnie na więcej”. I w pewnym momencie tekst, który doskonale znałem, ukazuje mi nieznane oblicze. Tak było, gdy pewnego wieczoru sięgnąłem po Księgę Izajasza.
Rzeczony fragment, który tak mnie poruszył, znajduje się w rozdziale ósmym:
Nie nazywajcie spiskiem wszystkiego,
co ten lud nazywa spiskiem;
i nie lękajcie się, czego on się lęka,
ani się nie bójcie!
Pan Zastępów – Jego za Świętego miejcie;
On jest Tym, którego się lękać macie
i który was winien bojaźnią przejmować.(Iz 8, 12-13)
Chodziłem podówczas skołatany na duszy rozmaitymi głupimi pomysłami ludzi, z którymi przyszło mi się spotykać. Te ich całe teorie polityczno-społeczne, kto tak naprawdę jest wrogiem, a kto przyjacielem. Nie sposób zacząć rozmowy, żeby rozmówca nie skręcił w dogodną dla siebie uliczkę. Argumentować? Próbować zmienić temat? Męczy mnie to wszystko. „Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha” – głosi stara mądrość z Piwnicy pod Baranami. To zjawisko istniało chyba zawsze, ale nigdy nie było tak widoczne jak w epoce Internetu, w epoce publikowania, co tylko ślina na klawiaturę przyniesie. Teoria płaskiej ziemi jest najbardziej obśmiana, a przecież wciąż znajduje swoich zwolenników. O ukrytych sprężynach geopolityki nawet mi się myśleć nie chce. Teorie, jak należy prowadzić życie wiary, kto pragnie ją zniszczyć, dlaczego Watykan zaprzedał się masonom i wreszcie – dla wielu temat najważniejszy – jak uczestniczyć we Mszy, żeby tym masonom się sprzeciwić. Chyba naprawdę chodzi im o to, jak uczestniczyć we Mszy, żeby było jak najdziwniej, a w każdym razie inaczej niż być powinno. Wielu słucha teorii spiskowych z zaciekawieniem, bo warto wiedzieć, bo w telewizji tego ci nie powiedzą. Wiedza to swego rodzaju gwarant bezpieczeństwa; jeśli wiesz, co ci grozi, ominiesz zagrożenie. Jak mam je ominąć, skoro na geopolitykę wpływu nie mam, a choćbym się starał, nie uniknę konserwantów w żywności? Powiem wam, do czego prowadzi wiedza teorii spiskowych. Do potwornego strachu.
Paradoksalny wniosek. Zapytałem kiedyś mądrego człowieka, dlaczego dzisiaj w świecie taka polaryzacja opinii i morderczy szał wymierzony w tych, który są z tego drugiego obozu. Odpowiedział mi: a popatrz, jak zalewani jesteśmy dziś informacjami. Kiedyś człowiek miał gazetę na tydzień. Dzisiaj jesteśmy bombardowani danymi. Jest ich za dużo, więc chcemy znaleźć jakiś sposób ich systematyzacji. I w tym momencie ktoś wręcza mi złoty klucz. Wkładam go do głowy, przekręcam i staje się cud. Informacji dalej jest dużo, ale wiem co się w nich kryje. Odczytuję podprogowe przekazy, sięgam trzeciego, czwartego i fafnastego dna, nikt mnie nie oszuka. Co to za klucz? Patrzę, że jest na nim napis. Może on różnie brzmieć, np. „Wszystkiemu winni są Żydzi” albo „Papież jest heretykiem”.
Wielu ludzi stosuje takie klucze, bo one pozwalają im żyć. Porządkują jakoś świat, niestety za cenę kłamstwa albo uproszczeń. W tym tkwi ów paradoks, bo ów złoty klucz prędzej czy później zamiast uporządkować mój świat wprowadza weń większy chaos. Wiedza tego rodzaju prowadzi do ignorancji. Miałem mieć spokój, a otacza mnie świat potworów. Nie zgadzam się na to. Oskarżam teorie spiskowe, małe i wielkie. Nie oskarżam ich, że są wierutnym kłamstwem. W każdej może być ziarno prawdy. Co z tego, jeśli jest otoczone kokonem półprawd, przypuszczeń i zwyczajnej zawiści. Oskarżam teorie spiskowe, że spiskują przeciwko nadziei, tej która „zawieść nie może” (Rz 5, 5).
Zdanie z Izajasza, byśmy „nie nazywali spiskiem wszystkiego, co lud spiskiem nazywa” (Iz 8, 12), uderzyło mnie w głowę jak obuch. Ale to dobre uderzenie. Od tamtego momentu zacząłem się więcej uśmiechać. Szkoda mi tylko ludzi, którym spisek teorii skaził serca i skierował ku temu, co nieistotne. Bo tylko jedno jest istotne. Bóg jest Panem historii. W Jego ręku są losy świata. Jego Duch kieruje Kościołem tak, że „bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16, 18). Jego trzeba się „bać”, to znaczy potraktować poważnie, gdyż treścią bojaźni Bożej nie jest strach, lecz troska. Jeśli to uczynię, nie zawstydzę się na wieki.