Boże Narodzenie

Mróz, brokat i pierze

Orszak Trzech Króli to przykład tego, że w obecnych czasach jest możliwe stworzenie nowej tradycji. Z perspektywy osoby, która brała w nim udział od samego początku, rozwój tego wydarzenia daje dużo nadziei.

Trudno uwierzyć, że Orszak Trzech Króli przejdzie w tym roku przez Warszawę po raz osiemnasty. Pamiętam jeszcze ten pierwszy. Wtedy jego trasa prowadziła z Placu Zamkowego na Rynek Nowego Miasta. Dziś trudno sobie wyobrazić, żeby Orszak przeciskał się przez wąskie uliczki Starego Miasta. Na początku jednak uczestników było o wiele mniej. Razem z koleżanką jako wolontariuszki rozdawałyśmy śpiewniki i maski. Te drugie zastąpiono w następnym roku koronami i tak już zostało do dzisiaj. Wtedy nikt jeszcze nie miał pojęcia, że w przyszłości w Orszaku iść będą dzieci z kilku różnych szkół, że za nimi będzie podążać kilkadziesiąt tysięcy Warszawiaków i turystów, a wszystko to będzie transmitowane na żywo przez telewizję publiczną.

Czy byłam na wszystkich siedemnastu Orszakach? Nie. Ale na zdecydowanej większości. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek szłam jako zwykły uczestnik. Jeżeli tak, to zapewne tylko podczas drugiej edycji, bo rok później moja szkoła już oficjalnie brała udział w Orszaku. Raz czy dwa byłam dwórką, co zapewniło mi pierwszorzędny widok na wszystko, co się dzieje na trasie. Jednak większość Orszaków spędziłam na Bramie Anielskiej, będącej ostatnim punktem przed sceną, na której znajduje się Święta Rodzina. Tak więc dawno już nie widziałam ani tego, jak Orszak wyrusza, ani jego trasy. Miałam za to świetny widok na cały pochód przychodzący do Stajenki oraz Trzech Króli oddających hołd nowonarodzonemu Jezusowi.

Skrzypi mróz…

Z jakiegoś powodu prawie co roku, akurat 6 stycznia, jest mróz i zazwyczaj śnieg. Można by to nazwać ewenementem, biorąc pod uwagę, że zimy w ostatnich latach były stosunkowo ciepłe i mało śnieżne. Tak więc ubranie się na Orszak Trzech Króli nie należy do najprostszych zadań. W przypadku anioła oznacza to, że trzeba mieć albo białą kurtkę, tudzież płaszcz czy futro albo białą, długą suknię wystarczająco dużą, żeby zmieściła się pod nią kurtka i ciepłe ubrania. A i tak, pomimo starań i wielu par skarpetek, nigdy jeszcze nie udało mi się uchronić moich stóp od zmarznięcia. Może niektóre rzeczy są nieuniknione.

Wybawieniem od kompletnego zamarznięcia jest to, że anioły dużo się ruszają. Skaczą, tańczą, śpiewają, machają chustkami i sypią pierzem na platformach, które są częścią Bramy Anielskiej albo (od niedawna) przed samą Stajenką ze Świętą Rodziną. W miarę upływu czasu coraz trudniej zachować odpowiedni poziom energii i entuzjazmu. Zaczynamy wraz z wyruszeniem orszaku, jeżeli nie wcześniej. Kiedy kolejny raz słyszymy tę samą kolędę, czasami nie jest łatwo znaleźć siłę, żeby znowu skakać na zmarzniętych stopach i próbować ładnie tańczyć jak aniołom przystało w zupełnie nieanielskiej liczbie warstw ubrań. Jednak przybycie orszaku, w niemalże magiczny sposób dodaje nam sił. Po pierwsze dlatego, że to jest kulminacja całego wydarzenia. Po drugie, bo to oznacza, że zaraz wszystko się skończy.

Było warto

Jednak kiedy jestem już w domu z powoli odmarzającymi stopami, pierzem we włosach i brokatem na twarzy, nie żałuję ani minuty przetańczonej na mrozie. To naprawdę niesamowite, że co roku kilkadziesiąt tysięcy ludzi zbiera się po to, żeby razem z Trzema Królami oddać pokłon Jezusowi. I to w samej Warszawie! A Orszaków w tym roku (głównie w Polsce, ale też poza jej granicami) będzie ponad 900! Jako osoba pamiętająca pierwszy Orszak Trzech Króli jest to niesamowicie inspirujące, że można stworzyć nową, katolicką tradycję, która tak dobrze się przyjmie. Daje to nadzieję w świecie, który staje się coraz bardziej świecki. 

Redaktor prowadząca portalu StworzOna.pl. Autorka artykułów w e-magazynie Siejmy.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy