Opinie

Czy kolęda ma jeszcze sens we współczesnym świecie?

Coraz częściej kolęda nie zaczyna się od modlitwy ani od uśmiechu, ale od pytania: „czy ktoś w ogóle otworzy drzwi?” W wielu domach decyzja zapadła już dużo wcześniej, zanim ksiądz w ogóle zapuka. Jedni nie chcą, bo czują, że od Kościoła dzieli ich coś więcej niż tylko kilometry. Inni nie otwierają, bo są zmęczeni, przytłoczeni życiem albo nie wiedzą, co powiedzieć. Zamknięte drzwi rzadko są gestem wrogości. Często kryje się za nimi coś znacznie bardziej złożonego niż brak wiary.

Zamknięte drzwi nie biorą się znikąd

Niechęć do kolędy nie bierze się tylko z obojętności religijnej. Często kryje się za nią wstyd, poczucie niedoskonałości, zmęczenie codziennością lub lęk przed oceną. Ludzie wyczuwają, kiedy spotkanie jest szczere, a kiedy tylko odhaczeniem obowiązku. Dlatego tak ważne jest, żeby kolęda nie była schematem, bo jeśli wchodzi się do domu z zegarkiem w ręku i tylko kartoteką do uzupełnienia, to ze spotkania staje się kontrolą. To jest zawsze wyzwanie, by przynosić przede wszystkim Chrystusa, by faktycznie ta wizyta była tym, czym miała być w założeniu.

Pierwotny sens kolędy

Wizyta duszpasterska przede wszystkim miała wnosić błogosławieństwo domu, modlitwę i obecność. To nie rodzina przychodzi do Kościoła, lecz Kościół przychodzi do domu. Papież Franciszek często powtarzał, że Kościół ma wychodzić na peryferie, do miejsc i ludzi, którzy czują się daleko, zagubieni albo opuszczeni.

Kolęda może być właśnie takim wyjściem, który pokazuje, że Kościół nie czeka na wygodną, gotową wspólnotę, ale sam zbliża się do człowieka w jego codzienności. To peryferia nie tylko geograficzna, ale też emocjonalna i duchowa. To spotkanie z ludźmi, którzy czują samotność, lęk, opuszczenie, ale stracili już zaufanie. Tym bardziej jest to znaczące dla osób starszych i schorowanych, którzy przez stan zdrowia już od lat nie mogą przekroczyć progu świątyni.

Między ideałem duszpasterskim a rzeczywistością pośpiechu

Dziś ten ideał często zderza się z realiami. Napięty harmonogram, kolejne mieszkania, presja, żeby zdążyć przed kolejną wizytą. W takich warunkach łatwo, nawet niechcący, zamienić kolędę w szybki rytuał. Wystarczy kilka zdań, modlitwa, znak krzyża i już – następne drzwi czekają. Pośpiech jest wyczuwalny, a ludzie to od razu zauważają. Taki rytuał nie przynosi nikomu niczego dobrego, wręcz przeciwnie, może pogłębić dystans.

Sztuką jest, by mimo presji czasu spróbować zrozumieć człowieka. W te kilka-kilkanaście minut nikt nie rozwiąże wszystkich problemów, ale ten czas wystarczy, by przynajmniej zostawić nadzieję. Dać poczucie, że nikt nie zostaje sam we Wspólnocie Kościoła, że dla każdego jest miejsce i każdy może zostać wysłuchany.

Lęk po obu stronach progu

Kolęda ujawnia lęki po obu stronach drzwi. Domownicy boją się oceny, wstydu, pytań, na które nie mają gotowej odpowiedzi. Może pamiętamy to uczucie napięcia, to sprawdzanie u kogo jest już kapłan był i niecierpliwe oczekiwanie, by „mieć to z głowy”, a może wciąż w takim napięciu żyjemy.

Duszpasterz także wchodzi w nieznane, nie wie, czy spotka życzliwość, obojętność, gniew albo po prostu cisza. To napięcie jest naturalne, a przez to prawdziwe. Nie powinniśmy tych emocji unikać, ani wypierać. To właśnie wszystko to, co czujemy sprawia, że ta wizyta staje się spotkaniem, bo jesteśmy w niej prawdziwi. Jeśli schowamy się tylko za ścianą z pozorów, to wszystko traci sens.

Jakiej wizyty dziś oczekujemy

Pytanie o sens kolędy jest w gruncie rzeczy pytaniem o Kościół. Czy chcemy Kościoła obecnego, który siada przy stole i słucha, czy Kościoła, który tylko wypełnia swoje zadania i tradycje? Odpowiedź rozstrzyga, czy kolęda ma przyszłość. Nie dzięki tradycji, nie dzięki rytuałom, ale dzięki relacji i odwagi wyjścia do ludzi.

Kościół wychodzący na peryferie nie czeka, aż ktoś przyjdzie, ale sam idzie tam, gdzie człowiek żyje, gdzie cierpi, gdzie przeżywa swoje życie. Kolęda, jeśli przyjmie ten sens, może stać się znakiem, że Kościół naprawdę jest blisko.

To okazja, by wejść w takie życie ludzi, jakim jest naprawdę. Zobaczyć ich codzienność, radości i troski. Jej prawdziwą wartość nie mierzy się liczbą odwiedzonych domów, lecz tym, ile życia, uwagi i bliskości uda się wnieść do każdego spotkania. Właśnie wtedy kolęda staje się symbolem Kościoła, który wychodzi naprzeciw, który szuka ludzi, zamiast czekać, aż przyjdą do niego. Kościoła obecnego tam, gdzie naprawdę jest człowiek, a nie tylko tam, gdzie powinna być tradycja.

Brat mniejszy - bernardyn. Duszpasterz i katecheta. Posługuje w Sanktuarium Matki Bożej Rzeszowskiej w Rzeszowie.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy