Bez trawnika nie ma żałoby
Kaplica pogrzebowa gdzieś na dalekim Podlasiu, w stronach, o których nikt w życiu nie słyszał. Tutaj „zajadamy i zapijamy metr od zwłok”, pani Kazimiera „wzorowo napisałaby klasówkę z mitów Parandowskiego”, a „przeciętnemu człowiekowi dawka sacrum wystarczy z nawiązką na cały rok”. Ten specyficzny mikroświat idealnie wpisuje się w tutejszy folklorowy klimat. Dlatego dzielę się tym, co mi bliskie i swojskie. Ludową, małomiasteczkową teologią tego, jak „radzimy sobie nie samym obolem”, bo przecież „bez trawnika nie ma żałoby”, a „zmarły bardziej skuteczny aniżeli wszystkie doktory”.
Według wierzeń starożytnych Greków dusza zmarłego zaraz po pogrzebie opuszczała ciało i wędrowała do bram Hadesu, tuż nad brzeg Styksu. Miał tam czekać na nią Charon – podziemny logistyk, który steruje łodzią i przewozi pasażera na drugi brzeg. Tenże zmierza na drugi brzeg rzeki, gdzie ma napić się wody z Lety, by zapomnieć o ziemskim życiu, przekupić Cerbera plackiem i w końcu trafić na sąd. Ażeby jednak dusza mogła zaliczyć owe punkty milowe w swojej ostatniej wędrówce, bliscy musieli włożyć zmarłemu w usta monetę – obola – by miał czym zapłacić Charonowi. W przeciwnym razie czekała ją niekończąca się tułaczka po czeluściach.
Wolfgang Petersen wyreżyserował w 2004 roku „Troję”. Pod koniec filmu Odyseusz i Agamemnon stoją nad stosem Achillesa i zabezpieczają go na dalszą podróż dwiema monetami położonymi na oczy. Efektownie i zupełnie ahistorycznie, jak duża część tego dzieła. Ponad dwie dekady później pani Kazimiera, w kaplicy pogrzebowej gdzieś na dalekim Podlasiu, w stronach, o których nikt w życiu nie słyszał, wyciąga ze znoszonej portmonetki dwa pieniążki i bez skrępowania podchodzi do leżącego w trumnie mężczyzny. Odchyla klapę jego marynarki i wsuwa mu je do kieszeni. A ja tak siedzę i odmawiając kolejną dziesiątkę różańca za duszę mojego niespełna pięćdziesięcioletniego krewnego, w milczeniu się temu przyglądam. Ocenę tego pozwolę sobie zachować dla siebie.
W tym czasie pan Stanisław, lokalny mistrz ludowych ceremonii, intonuje „tajemnica jedenasta…”, potem dwunasta i tak aż dochodzi do dwudziestej, zlewając cztery części różańca w jeden ciąg, przerywany tylko łykiem wody, ponieważ całość modłów udaje mu się zamknąć w rekordowych dwóch godzinach. Opowiada mi potem, że takich czuwań przy ciele ma na koncie co najmniej pięćset, a że jest wziętym i rozpoznawalnym chórzystą z naszego kościoła, nieprzerwanie jest zapraszany przez bliskich zmarłego już od lat 80. Wyraźnie się ożywia, kiedy próbuję podpytać go o to, co robi, bo jest to dla mnie niezwykłe. Rzadko bowiem bywam w domach pogrzebowych, a czuwania w wiejskich izbach, rozproszonych po okolicznych koloniach, mogę wyliczyć na palcach jednej dłoni. Kiedy tylko mistrz kończy pieśń do Różańcowej Pani, pożycza mi do domu swój modlitewnik, stary, czarny i posklejany zeszyt z kserówkami. Nie wiadomo dokładnie, skąd pochodzą, ale pieśni tam zawarte od lat śpiewane są wieczorami przy zwłokach. Kseruję go u siebie w domu, a w dzień pogrzebu zwracam właścicielowi.
Na różaniec zawsze schodzą się tłumy, wypełniając dom pogrzebowy po brzegi. Jednak spora część ludzi przychodzi tylko na modlitwę i kiedy ta dobiega końca, pospiesznie opuszcza kaplicę. Nie można im się dziwić – przeciętnemu człowiekowi taka dawka sacrum wystarczy z nawiązką na cały rok. Jesteśmy w nowoczesnym budynku, więc w sali obok czeka już na nas gorąca kawa i ciasto. Zostają tylko nieliczni. Siadamy przy stołach i jakby nigdy nic wesoło gawędzimy na najróżniejsze tematy, podczas gdy za ścianą leży już bez niczyjego towarzystwa nieboszczyk.
Przysiada się do mnie pan Zbyszek, osiemdziesięcioparoletni rolnik z pobliskiej wsi. Znamy się. Sam zaczyna: – No, nasz Artur wkupi się teraz u świętego Piotra. Jestem trochę zaskoczony tymi słowami, ale szybko kojarzę fakty. To pewnie po to pani Kazia wcisnęła mu do kieszeni te monety. Wyczuwam, że sąsiad chce powiedzieć coś więcej. – Panie Zbyszku – zachęcam – niech pan mi opowie coś więcej o tych pogrzebach. Trafiłem idealnie. Rozsiada się wygodniej i popija kawą pokaźny kawał sękacza. Tak, tego oryginalnego, który przyjechał tu aż dziewięćdziesiąt kilometrów z pogranicza litewskiego. I zaczyna swoją opowieść.
Wspomina on czasy, gdy modły w domu trwały całymi godzinami. Zjeżdżali się wtedy wszyscy z okolicznych gospodarstw, żeby wraz z płaczkami – miejscowymi babciami – modlić się za duszę. Gdy znużyły ich te nieskończone, coraz bardziej wymyślne pieśni, udawali się do sąsiedniego pokoju. Tam raczyli się kurczakami i butelkami piwa, a pożywiwszy się, wracali do klęczenia. W końcu dzieli się ze mną historią pana Janka. Sąsiad ten tonął w długach zaciągniętych na gospodarstwo, aż znaleziono go martwego w dziwnych okolicznościach. Zbyszek opowiada, że ledwo odjechał lekarz, zerwał się gwałtowny wiatr. Poderwał on drobiny ziemi z wysuszonego letnim słońcem pola, układając je w wir wędrujący od jednego końca zagonu do drugiego. – To był diabeł! – Zbyszek ścisza głos. – I widzisz, jak on się cieszył? Jak tańcował z naszym Jankiem? Janek musiał odebrać sobie życie, temu czort się cieszy, że ma jeszcze jedną duszę w swoim piekle. Chociaż nikt tego głośno nie powie.
Niedaleko nas siedzi emerytowana sprzątaczka z urzędu. Jak to my wszyscy z tych okolic, lubujemy się w cudzych sprawach, więc ochoczo sama włącza się do rozmowy. Choć większość życia spędziła w miasteczku, doskonale pamięta, jak za dzieciaka babcia zabierała ją do domów żałoby. Przytacza inną opowieść. Jej sąsiad miał córkę, która urodziła się z ciemnym znamieniem na policzku. Kobieta opowiada, jak ojciec wziął małą, przyprowadził ją pod samą trumnę, ujął dłoń nieboszczyka i dotknął nią twarzy dziecka. Znamię miało zniknąć. – A nie wpadł nikt na pomysł, żeby pójść z tym do lekarza? – pytam. – A po co? – odpowiada szczerze zdziwiona. – Przecież zmarłych nam nie brakowało, a do lekarza daleko. Zresztą, zmarły bardziej skuteczny aniżeli wszystkie doktory. Mówi to całkiem poważnie. Znamię podobno zniknęło przez noc. A że był to jeszcze czas dawnych zwyczajów, wszyscy czuwający ustawili się potem do pamiątkowej fotografii ze zmarłym. Ponoć to zdjęcie do dziś leży gdzieś w rodzinnym albumie.
– A boisz ty się zmarłych? – zagaduje mnie znienacka pan Zbyszek. Odpowiadam, że nie. On kiwa głową i wspomina swojego bratanka, który trząsł się ze strachu. Podobno jest na to jeden sposób: jeśli ktoś czuje lęk przed zmarłym, musi się przemóc, wejść prędko do izby i dotknąć nogi nieboszczyka. Wtedy strach znika na zawsze. Obok nas powoli człapie wiekowa już staruszka Monika. Pewnie szuka resztek sękacza, bo ciasto znika ze stołów w zastraszającym tempie. Śmiejemy się z panem Zbyszkiem, a mnie nachodzi myśl, że ten sękacz jest jak cola u Andy’ego Warhola. Pije ją i biedak, i prezydent, tę samą. Tak jest i tutaj. To ciasto jemy my, żałobnicy, ale i doktorowi zanosi się je w podzięce. To waluta uniwersalna. Zbyszek woła staruszkę i pyta, czy pamięta, jak tydzień po tygodniu zmarł najpierw mąż – ten, co krowy i byki hodował – a zaraz potem jego żona. Pani Monika przytakuje żywo. Doskonale to pamięta. Tłumaczy nam, że to dlatego, bo temu mężowi otworzyło się jedno oko, kiedy wieźli go na panichidę do cerkwi. Miał to być znak, że zmarły wypatrzył już sobie kolejną osobę, którą zabierze na tamten świat. – I bieda straszna się stanie, kiedy śmierć przyjdzie w sobotę – dodaje staruszka, grożąc sękatym palcem. Pytam zdziwiony, dlaczego. – A bo przecież pogrzeb będzie dopiero w poniedziałek, a ciało przeleży w domu całą niedzielę. To na pewno ze sobą prędko zabierze kogoś z rodziny, żeby mu się nie nudziło. Pani Monika musiała być sąsiadką nieboszczyka, ponieważ nagle zaczyna biadolić i zalewa się łzami. – Gospodi pomiłuj! – wzdycha ciężko. – A kto mi teraz trawę pokosi? Zaraz lato przecież! Słucham tego i myślę sobie, że po mnie chyba nikt nie zapłacze. Bo ja dawno nikomu nie skosiłem trawy, a chyba bez trawnika nie ma żałoby.
Gwarne posiedzenie przerywa wejście naczelnego grabarza miasteczka. Zjawił się, by odwieźć nieboszczyka do chłodni. Żegnam się ze zgromadzonymi. Oni także odczytują jego przybycie jako znak, że pora kończyć i wrócić do żywych. Zbierają się pospiesznie, z nadzieją, że zdążą jeszcze na wieczorną transmisję Apelu z Jasnej Góry. Wychodząc, mijam ciotki, które wykłócają się nad otwartą trumną o to, w którą stronę powinien być zwrócony święty obrazek w dłoniach zmarłego. Czy ma patrzeć na nieboszczyka, czy na żałobników. Całemu zajściu przygląda się grabarz, zniecierpliwiony i głęboko skonsternowany. W końcu jemu płacą od kursu.
Zabieram ze sobą miniaturowy nekrolog zmarłego, nadrukowany na odwrocie obrazka ze Zmartwychwstałym i na odchodne rzucam jeszcze okiem na pana Artura. Marynarka leży dobrze. Tylko ta kieszeń lekko odstaje od monet pani Kazi, która wzorowo napisałaby klasówkę z mitów Parandowskiego. Może to i lepiej, że nie ma ich pod językiem, bo trudniej byłoby mu się tłumaczyć przed świętym Piotrem. Cóż, Grecy wymyślili swoje mity, bo bali się śmierci. My tutaj też się jej boimy, ale radzimy sobie nie samym obolem. Skoro na Podlasiu wszystko załatwia się „po znajomości” i sękaczem, to i Artur da sobie radę bez wiosłowania. Tutaj próbujemy oswajać nieznane, przerabiać je na „swojskie”. Wicher na polu to przecież tylko stary znajomy Janek. Zajadamy i zapijamy metr od zwłok, jak gdyby to nie śmierć nas tu zebrała. Lęk leczymy dotknięciem nogi nieboszczyka. W tej ostatniej drodze niepotrzebny nam żaden mityczny przewoźnik. Wystarczy niezmordowany pan Stanisław. On prędzej przeprowadzi duszę na drugi brzeg, gasząc światło w kaplicy, aniżeli Charon zdążyłby w ogóle odbić od lądu. I tylko tej soboty trochę szkoda. Bo nikt nie lubi, jak mu się psuje weekend. Nawet jeśli to ostatni weekend w życiu.
Ilustracja: Petrus van der Velden, Pogrzeb zimą na wyspie Marken (1872). Ze zbiorów Christchurch Art Gallery Te Puna o Waiwhetū, https://christchurchartgallery.org.nz/collection/69-125/petrus-van-der-velden/burial-in-the-winter-on-the-island-of-marken-the-d.