Boże Narodzenie

Skandal żłóbka – dlaczego Boże Narodzenie wciąż burzy nasz obraz Boga

Dlaczego franciszkańskie szopki bożonarodzeniowe są tak wyjątkowe? Ich rozbudowana forma, ruchome figurki i bogata symbolika nie wynikają z zamiłowania do efektu, lecz z głębokiej duchowości św. Franciszka z Asyżu i nauczania św. Bonawentury. Szopka nie jest dekoracją, ale teologicznym znakiem, który prowadzi do istoty tajemnicy Wcielenia. Odkrywając jej franciszkańskie korzenie – od Greccio w 1223 roku po współczesne kościoły – uczymy się patrzeć na Boże Narodzenie jako na drogę przemiany, pokory i spotkania z Bogiem, który stał się mały, by być blisko człowieka.

Od dziecka intrygowało mnie, dlaczego szopki w kościołach franciszkańskich są jakieś „inne”. Jakby bogatsze, bardziej rozbudowane, pełne ruchomych figurek, nieraz zajmujące znaczną część świątyni. Zawsze zadawałem sobie pytanie: po co aż taka „szopka” z tą szopką – i to na tak krótki okres liturgiczny? Czy nie jest to tylko pobożna przesada albo zamiłowanie do efektu?

Z czasem zrozumiałem, że to nie przypadek i nie kwestia estetyki. Za tą tradycją stoi konkretna intuicja duchowa, głęboko zakorzeniona w franciszkańskim spojrzeniu na Boże Narodzenie. Wyjaśniają ją „Pisma” św. Franciszka z Asyżu oraz kazania bożonarodzeniowe św. Bonawentury. Nie znajdziemy tam ani słowa o technice, materiałach czy kompozycji, ale znajdziemy coś znacznie ważniejszego: głęboką refleksję nad sensem tajemnicy Wcielenia.

Warto do tych tekstów sięgnąć, aby nasze oglądanie szopek nie było wyprane z duchowej treści. Bo jeśli potraktujemy szopkę bożonarodzeniową poważnie – nie tylko jako dekorację, lecz jako znak – szybko odkryjemy, że jest ona jednym z najbardziej prowokujących „komentarzy teologicznych” do obrazu Boga, jaki nosimy w sobie.

Greccio, rok 1223 – początek

Tradycja budowania szopek nie narodziła się z potrzeby ozdoby ani sentymentu. Jej źródłem jest konkretne wydarzenie: noc Bożego Narodzenia roku 1223 w Greccio. To tam św. Franciszek z Asyżu polecił przygotować żłób, siano, sprowadzić zwierzęta i sprawować Eucharystię pośród tej surowej scenerii. Chciał – jak sam mówił – „zobaczyć na własne oczy ubóstwo, w jakim narodził się Pan”.

Nie była to inscenizacja. To było kazanie bez słów. Franciszek nie chciał, by tajemnica Wcielenia została „udomowiona”, wygładzona czy zredukowana do pobożnego obrazu. Przeciwnie – chciał ją wyostrzyć, niemal uczynić niewygodną. Bo Bóg w żłobie nie mieści się w naszych wyobrażeniach o wielkości, potędze i chwale.

I właśnie dlatego warto dziś, stojąc przed szopką, sięgnąć do pism św. Franciszka i do kazań św. Bonawentury, jednego z największych teologów franciszkańskich – po to, aby nasz zachwyt nie pozostał pusty. Aby piękno nie było oddzielone od prawdy tajemnicy Wcielenia.

Bóg, który się „uniżył”

Św. Bonawentura nie boi się powiedzieć rzeczy, które brzmią niemal bluźnierczo dla ludzkiej logiki. Pisze, że w chwili Wcielenia Bóg dobrowolnie się ogranicza. Nieskończony przyjmuje granice. Wszechmocny staje się bezbronny. Wieczny wchodzi w czas. Nie traci swojej boskości, ale objawia ją w zupełnie nowy sposób.

To jest skandal Betlejem: Bóg nie objawia się przez dominację, lecz przez uniżenie. Nie przez dystans, lecz przez bliskość. Nie przez siłę, lecz przez miłość, która godzi się na ryzyko odrzucenia.

Franciszek był tą tajemnicą niemal oszołomiony. W żłóbku widział streszczenie całej Ewangelii. Ten sam Bóg, który w Eucharystii przychodzi pod postacią chleba, najpierw przychodzi jako dziecko – cichy, zależny, oddany w ręce człowieka.

Betlejem – miejsce spotkania pragnień

Bonawentura pisze, że w Bożym Narodzeniu spotykają się dwa wielkie pragnienia: pragnienie Boga, by być z człowiekiem, oraz pragnienie człowieka, by Bóg był blisko. Betlejem jest więc czymś więcej niż punktem na mapie historii zbawienia. Jest przestrzenią spotkania, w której Bóg mówi: „Nie bój się Mnie”.

To dlatego Franciszek tak bardzo kochał prostotę, ubóstwo i kruchość. Wiedział, że Bóg właśnie tam czuje się „u siebie”. Nie w pałacach, nie w perfekcyjnie poukładanym życiu, ale w sercu, które jest otwarte, choć poranione.

Żłóbek i krzyż – ta sama droga miłości

W duchowości franciszkańskiej Boże Narodzenie nigdy nie jest cukierkowym przystankiem. Bonawentura wyraźnie pokazuje, że żłóbek i krzyż należą do tej samej logiki miłości. To ta sama droga uniżenia, która zaczyna się w Betlejem, a dopełnia na Golgocie.

Bóg rodzi się nie po to, byśmy się jedynie wzruszyli. Rodzi się po to, by zaprosić nas do przemiany. Do zgody na to, że prawdziwa wielkość rodzi się z pokory, a prawdziwa siła z miłości, która potrafi oddać coś ze swojego – potrafi stracić z miłości.

Szopka jest szkołą

Franciszek z Asyżu widział w żłóbku prawdę o Bogu i prawdę o człowieku jednocześnie. Bóg, który wybiera ubóstwo, demaskuje nasze przywiązanie do bezpieczeństwa. Bóg, który staje się bezbronny, obnaża nasze strategie kontroli. Bóg, który milczy w Betlejem, zadaje pytanie: czy potrafisz Mnie przyjąć bez warunków, bez gwarancji, bez spektaklu?

Św. Bonawentura dodaje do tego myśl jeszcze bardziej radykalną… Wcielenie nie jest tylko wydarzeniem z historii zbawienia, ale kształtem, jaki Bóg chce nadać życiu ucznia. Kto kontempluje Chrystusa w żłobie, zostaje wezwany, by sam zgodzić się na drogę uniżenia, prostoty i miłości, która nie dominuje, lecz służy. Betlejem nie kończy się na adoracji – Betlejem domaga się naśladowania.

Dlatego pytanie, które stawia przed nami szopka, jest w gruncie rzeczy bardzo niewygodne. Nie brzmi: czy wzrusza mnie Boże Narodzenie? ani nawet: czy wierzę w Wcielenie? Prawdziwe pytanie brzmi: czy pozwolę, by ten sposób istnienia Boga stał się miarą mojego życia?

Adoracja szopki nie wystarczy

Szopka nie jest więc ani pobożnym obrazkiem, ani sentymentalnym wspomnieniem dzieciństwa Chrystusa. W duchowości franciszkańskiej jest aktem wiary i aktem odwagi. Wymaga bowiem zgody na to, że Bóg objawia się nie tam, gdzie spodziewa się Go nasza religijna wyobraźnia.

Bóg w żłobie nie chce być tylko oglądany. Chce być przyjęty. A przyjąć Go naprawdę oznacza zgodzić się na to, że miłość jest silniejsza niż przemoc, pokora potężniejsza niż pycha, a małość – bardziej boska, niż nam się wydaje.

I może właśnie dlatego Betlejem wciąż nas niepokoi. Bo jeśli Bóg rzeczywiście stał się tak mały, to nie możemy już zasłaniać się wielkimi słowami. Pozostaje tylko odpowiedź życia.

Brat mniejszy - bernardyn. Ekonom, rzecznik prasowy Prowincji, dyrektor Wydawnictwa Calvarianum.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy