Quo vadis, jarmarku świąteczny?
Jarmarki bożonarodzeniowe wyrastają dziś w najmniej oczywistych miejscach – od historycznych rynków po okolice dworców kolejowych. Choć mają przypominać o radości świąt i tradycji Bożego Narodzenia, coraz częściej stają się komercyjną atrakcją, która niewiele ma wspólnego z ich pierwotnym, chrześcijańskim duchem. Czy współczesny szał na jarmarki świąteczne oddala nas od istoty świąt? A może wciąż potrafi prowadzić do tego, co najważniejsze?
Kilka dni temu przesiadałam się z autobusu w pociąg na warszawskim Dworcu Zachodnim. Gdy tak pokonywałam dystans między jednym a drugim środkiem transportu, poczułam się w pewnym momencie niczym podróżnik przemierzający Saharę i mierzący się z mirażem. Moim zdumionym oczom ukazał się bowiem, niczym fata morgana, jarmark świąteczny. Tak po prostu, pomiędzy parkingiem i dworcem kolejowym. Kilkanaście budek, mała karuzela na monety i rozświetlona ramka, w której można sobie zrobić zdjęcie. Budki były zamknięte, więc nie byłam w stanie stwierdzić, jaki jest poziom zainteresowania jarmarkiem w takiej formie. Niemniej, jest to ciekawy przykład tego, jak ewoluowały jarmarki świąteczne w ostatnich latach.
Zwyczaje okołoświąteczne
Są miejsca, jak na przykład Niemcy, w których tradycja jarmarków świątecznych sięga wielu wieków. Jednak w wielu krajach bożonarodzeniowe jarmarki pojawiły się stosunkowo niedawno. Nie oznacza to oczywiście, że w tych państwach nie ma zwyczaju świętowania Bożego Narodzenia w przestrzeni publicznej. Robi się to po prostu w inny sposób. We Włoszech, dzięki świętemu Franciszkowi, bardzo rozpowszechniona jest tradycja stawiania dużych szopek na świeżym powietrzu. Hiszpanie 6 stycznia spotykają się na Cabalgata de los Reyes Magos, a mieszkańcy Jerez w grudniu bawią się na placach i ulicach podczas zambombas. Holendrzy wspólnie witają świętego Mikołaja, który przypływa do nich na swoim statku. Jednak jarmarki pojawiające się w tych i innych krajach są tradycją przeszczepioną z innej kultury. I chociaż jest to bardzo piękny zwyczaj, to w chwili obecnej w wielu miejscach jest wypaczony.
Ceny na jarmarku
Jednym z pięknych elementów jarmarku jest możliwość kupienia wyrobów od lokalnych rzemieślników. Jednak w niektórych miejscach cena za wynajem budki na jarmarku jest tak wysoka, że osób sprzedających własnoręcznie wykonane produkty zwyczajnie na to nie stać. Kończy się tym, że np. na jarmarku świątecznym pod Pałacem Kultury są budki prowadzone przez sieciówki, które mają już wiele lokali w całym mieście. Rozumiem, że może być jakąś atrakcją kupienie czegoś ze znanej nam sieciówki w wyjątkowym miejscu, ale równie dobrze możemy pójść do znajdującego się kilkaset metrów od jarmarku lokalu prowadzonego przez tę samą markę. Jarmarki dużo by zyskały, gdyby były miejscem sprzedaży unikatowego rękodzieła, a nie okazją do promocji dla dużych firm. Wygląda na to, że dla większości osób nie jest to jednak aż tak duży problem, ponieważ na jarmarku pod Pałacem Kultury wieczorami jest tak ciasno, że nie da się wcisnąć szpilki.
Jarmarczne tłumy
I nie tylko tam. Jarmarki bożonarodzeniowe cieszą się w ostatnich latach wielkim zainteresowaniem. Nie są one (w większości przypadków) wydarzeniem biletowanym, więc trudno kontrolować, ile osób się na nich w danej chwili znajduje. Sprawia to też, że wchodzą tam również ludzie, którym jakoś bardzo na jarmarku nie zależy, ale w sumie skoro nie trzeba płacić… Rezultatem tego jest tłok i ścisk, jako że teren, na którym odbywa się jarmark, zwykle nie jest przystosowany do obecności takiej liczby osób. To z kolei prowadzi do tego, że przebywanie na takim jarmarku, gdzie trzeba się przepychać i łatwo się zgubić, jest mało przyjemne.
Ogromne tłumy, długie kolejki do budek, zaporowe ceny… wszystko to zdaje się nie przeszkadzać odwiedzającym i bożonarodzeniowe jarmarki z roku na rok stają się coraz popularniejsze. Jest ich też z każdym rokiem więcej. I o ile lokalizacje niektórych z nich, jak np. rynek w historycznej części miasta, wydają się naturalne dla tego typu wydarzeń, to są też jarmarki w miejscach zgoła zastanawiających, jak np. wspomniany na początku jarmark przy Dworcu Zachodnim. Jaki jest jego cel? Kto ma go odwiedzić? Zakładam, że grupą docelową są osoby, które czekają na przesiadkę i nie mają akurat niczego lepszego do roboty, bo nie sądzę, żeby ktoś przyjechał tam specjalnie dla jarmarku bożonarodzeniowego w wersji light.
Pojawiają się też jarmarki bożonarodzeniowe w wersji (niemalże) zero. Jak ten na tarasie jednego z warszawskich drapaczy chmur reklamowany jako “najwyższy jarmark świąteczny w Unii Europejskiej”. Jest on wyjątkowy też z innych powodów. Na przykład ten, że za wejście trzeba zapłacić kilkadziesiąt złotych (etyka dziennikarska każe mi jednak wspomnieć, że jest to opłata związana z wjazdem na taras, a nie z jarmarkiem per se). I tak naprawdę nie ma z jarmarkiem zbyt wiele wspólnego. Jest tam jedna budka z jedzeniem, jedna z pamiątkami i coś à la ogród świateł, gdzie można sobie zrobić ładne zdjęcie z panoramą Warszawy w tle. Koncepcja ciekawa, ale czy zasługuje na miano jarmarku?
Quo vadis
“Quo vadis, jarmarku świąteczny?” chciałoby się rzec. Czy szał jarmarków bożonarodzeniowych będzie trwał czy okaże się tylko przemijającą modą? Na pewno w najbliższych latach zobaczymy jeszcze różne próby wybicia się poszczególnych jarmarków poprzez nietypowe atrakcje albo ciekawe lokalizacje. Ale jak długo będą na nich dzikie tłumy? Jak szybko ścisk i wysokie ceny zmęczą ludzi? Czas pokaże.