Opinie

Pasterze kontra eksperci: o skandalu, który próbowaliśmy oswoić

Boże Narodzenie wciąż kojarzy nam się z ciepłem, spokojem i sielanką, ale Ewangelia pokazuje zupełnie inną, zaskakującą prawdę. Bóg wybiera na pierwszych świadków narodzin Jezusa nie elity ani znawców Pisma, lecz pasterzy – ludzi zmęczonych, brudnych i stojących na marginesie społeczeństwa. Dlaczego właśnie oni stają się kluczem do zrozumienia sensu Bożego Narodzenia i tego, jak Bóg działa w życiu człowieka?

Boże Narodzenie stało się z biegiem lat podejrzanie gładkie, wręcz sterylne. Przekształciliśmy tę historię w rodzaj spektaklu, w którym wszystko jest dopilnowane i zaangażowane przez scenariusz – emocje są pod ścisłą kontrolą, dekoracje pasują do koloru bombek, a Bóg… cóż, Bóg zachowuje się w tym scenariuszu wyjątkowo przewidywalnie. Rodzi się w blasku ciepłych lampek, pozwala nam się przez chwilę wzruszyć nad żłóbkiem, a potem dyskretnie wycofuje się na boczny tor, byśmy mogli wrócić do swoich spraw bez żadnych większych konsekwencji. Stworzyliśmy sobie Boga oswojonego, niemal domowego. Takiego, który nie budzi niepokoju, pasuje do kalendarza i nie stawia trudnych pytań o nasze życiowe priorytety.

W tej sielankowej opowieści pasterze pełnią rolę niemych statystów. Stoją w naszych szopkach gdzieś na marginesie, uśmiechnięci, trochę naiwni, z owieczką na ramionach. Ale jeśli wczytamy się w Ewangelię bez tych wszystkich lukrowanych filtrów, zobaczymy, że ci ludzie wcale nie byli mili w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. I to jest właśnie pierwszy wielki wstrząs tej historii: Bóg, mając do wyboru cały wachlarz godnych reprezentantów, decyduje się wrzucić na pierwszą linię frontu ludzi z marginesu, by to oni stali się twarzami wydarzenia, które miało wywrócić porządek świata do góry nogami.

Twarda szkoła życia na pustkowiu

Musimy wreszcie zapomnieć o romantycznym obrazku młodego pasterza z fujarką, który w spokoju ducha podziwia gwiazdy. Pasterz w Judei to nie był zawód dla wrażliwców; to była ciężka, fizyczna harówka dla twardzieli, dla ludzi zahartowanych przez nocne przymrozki, palące słońce i brak poczucia bezpieczeństwa. Oni żyli w stanie ciągłego alertu. Każda chwila dekoncentracji, każde mocniejsze przymknięcie oka mogło oznaczać stratę stada, a to w ich realiach nie było tylko zawodowym niepowodzeniem, to była życiowa katastrofa, utrata jedynego zabezpieczenia na przyszłość.

Ich ręce były wiecznie brudne, twarze ogorzałe od wiatru, a ciała niosły ślady walki z drapieżnikami i trudnym terenem. Byli ludźmi bez frakcji. Nie należeli do miejskiej społeczności, ale nie byli też całkowitymi wyrzutkami. Zawsze jednak towarzyszyła im aura podejrzliwości. W ówczesnym systemie społecznym pasterz nie był kimś, kogo zaprasza się na salony czy do ważnych debat o przyszłości narodu. Co więcej, ich profesja sprawiała, że byli problematyczni. I nie chodziło o ich brak wiary, ale o brutalne realia życia. Ktoś, kto spędza tygodnie poza domem, pilnując owiec, nie jest w stanie zachować skomplikowanych przepisów o czystości rytualnej, nie może regularnie uczestniczyć w kulcie świątynnym ani pilnować rytmu świąt.

Dlatego pobożne centrum patrzyło na nich z góry. Ich świadectwo w sądzie było prawnie nieistotne, a ich opinia o sprawach duchowych nikogo nie obchodziła. Byli potrzebni jako siła robocza, ale trzymano ich na bezpieczny dystans. I właśnie w ten mur uprzedzeń uderza Ewangelia, Bóg demonstracyjnie omija elity i idzie prosto do tych, których religijny system uznał za wybrakowanych.

Dlaczego ekspert zostaje w domu?

To nie jest tak, że w tamtej Jerozolimie brakowało specjalistów od Pana Boga. Przeciwnie, tamtejsze elity były nasycone kapłanami, wybitnymi znawcami Pisma i ludźmi, którzy o Bożych obietnicach potrafili prawić godzinami z niezwykłą precyzją. Oni mieli mapy, znali proroctwa, potrafili bezbłędnie wskazać Betlejem jako miejsce narodzin Mesjasza. Ale tutaj ujawnia się tragiczna ironia: Bóg nie szukał rzeczników prasowych instytucji, którzy mieliby przygotowany profesjonalny komunikat. On szukał świadków.

Ekspert od religii ma pewną niebezpieczną przypadłość: zawsze wie, jak Bóg powinien zadziałać. Ma na wszystko odpowiedni cytat i logiczne uzasadnienie, które chroni go przed zaskoczeniem. Wiedza, zamiast otwierać go na nowość, staje się pancerzem. Kiedy więc pojawia się informacja o narodzinach, uczony w Piśmie otwiera księgę, potwierdza lokalizację i… zostaje na miejscu. On już wie, więc nie musi widzieć.

Pasterz natomiast nie ma żadnej teorii. On ma tylko surowe doświadczenie, które nagle go przerasta. Różnica między nimi jest fundamentalna: pasterz, mimo zmęczenia i ryzyka, po prostu wstaje i idzie sprawdzić. Ta prosta, instynktowna decyzja o wyruszeniu w drogę, o porzuceniu stada (swojego jedynego majątku!) dla niepewnego znaku, mówi o żywej wierze więcej niż najgłębsze teologiczne traktaty.

Nocna zmiana i znak słabości

Nie bez znaczenia jest fakt, że to wszystko rozgrywa się w nocy. W blasku dnia łatwo jest ukryć się za swoim statusem, wykształceniem czy pełnioną funkcją. Możemy wtedy grać role, które narzuca nam społeczeństwo. Ale noc… noc jest bezlitosna, bo obnaża naszą fundamentalną bezradność. Pasterze, jako ludzie nocy, wiedzieli o tym najlepiej. Byli przyzwyczajeni do tego, że nie wszystko da się zaplanować, że życie potrafi zaskoczyć w najmniej odpowiednim momencie i że czasem trzeba działać po omacku.

Tylko ktoś, kto na co dzień mierzy się z własną kruchością, był w stanie przyjąć Boga, który objawia się w znaku absolutnej słabości. Bóg daje im znak, który dla każdego szanującego się eksperta byłby skandalem lub pomyłką. Dziecko w pieluchach, położone w korycie dla zwierząt. Bez armii, bez złota, bez ochrony, całkowicie zależne od innych.

Dla religijnego teoretyka szukającego potęgi, taki znak to obelga dla Bożego majestatu. Ale dla pasterzy, którzy znali brutalność i szorstkość świata, ten bezbronny Bóg był paradoksalnie najbardziej wiarygodny. Oni nie potrzebowali kolejnego silnego władcy, który nałoży na nich nowe ciężary. Potrzebowali Boga, który wejdzie w ich świat, w brud, zmęczenie i prowizorkę.

W tym wyborze pasterzy kryje się jednak coś niezwykle kojącego dla każdego z nas. To potężny sygnał, że nikt nie jest zbyt daleko, by zostać zawołanym po imieniu. Skoro Bóg uznał, że to właśnie ci ludzie – niewykształceni, religijnie niepoprawni, zmęczeni i brudni – są najbardziej godni, by jako pierwsi spojrzeć Mu w oczy, to znaczy, że nasze własne braki, życiowe pogmatwanie czy poczucie nieadekwatności nie są dla Niego żadną przeszkodą. Wręcz przeciwnie, to właśnie ta nasza niegotowość może być największym atutem. Jeśli jest tam miejsce dla pasterzy, którzy nie zdążyli się umyć ani przygotować mowy powitalnej, to znaczy, że jest tam miejsce dla nas. Bóg nie czeka, aż staniemy się doskonali. On nas zaprasza dokładnie w tym momencie nocy, w którym się właśnie znajdujemy.

Boże Narodzenie jako wyjście z centrum

Czy bliżej nam dzisiaj do tych, którzy pilnują swoich stad i są gotowi na nagłe wezwanie, czy do tych, którzy siedzą w centrum i mają już wszystko wyjaśnione?

Kościół, ale też każdy z nas z osobna, ryzykuje najwięcej wtedy, gdy zbyt wygodnie zasiedział się w samym środku własnego poczucia racji. Gdy bardziej zaczynamy strzec porządku i naszych wyobrażeń o tym, co według nas jest święte, niż nasłuchiwać tego, co dzieje się na marginesach naszego życia.

Pasterze nie marnowali czasu na sprawdzanie, czy są wystarczająco godni, by stać przed żłóbkiem. Nie robili rachunku sumienia z tego, czy ich brudne ubrania pasują do powagi chwili. Usłyszeli głos, zaufali mu i ruszyli w drogę, bo zrozumieli, że to wydarzenie, choć tak skromne i pozbawione blasku, dotyczy ich osobiście. Bóg rodzi się tam, gdzie jest na Niego miejsce, a nie tam, gdzie przygotowano dla Niego najpiękniejszy tron. Być może to właśnie największe wyzwanie Bożego Narodzenia: odważyć się na pasterską drogę i pozwolić Bogu, by nas zaskoczył dokładnie tam, gdzie najmniej się Go spodziewamy.

Brat mniejszy - bernardyn. Duszpasterz i katecheta. Posługuje w Sanktuarium Matki Bożej Rzeszowskiej w Rzeszowie.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy