Dlaczego kultura ciągłej dostępności jest sprzeczna z ludzką naturą
Coraz trudniej o chwilę, w których nikt od nas nic nie chce. Telefon wciąż nosimy w przy sobie, najlepiej bez przerwy połączony z Internetem, a na nadgarstku założony smartwatch, żeby mieć pewność, że nic nas nie ominie. Jesteśmy w pracy, w szkole, czy w domu i wciąż gotowi, by odpisać, oddzwonić, albo zareagować na nową rolkę, którą ktoś nam wysłał. Ciągle dostępni i równocześnie wciąż rośnie napięcie, że coś nas ominie, że jeśli nie zareaguję natychmiast, to coś stracę. Problem jednak jest w tym, że takie życie mija się z naszą naturą.
Nasz organizm potrzebuje fal, a nie ciągłego napięcia
Wydaje się nam, że nasz mózg, to maszyna, która po prostu działa dopóki jej nie wyłączymy. Maszyna, która zawsze musi działać na najwyższych obrotach, bo inaczej traci wartość. W rzeczywistości pracuje rytmicznie, to znaczy potrzebuje momentów pełnej uwagi, ale także chwil odpoczynku. Kiedy wciąż jesteśmy w napięciu, to organizm zaczyna funkcjonować w trybie alarmowym. Podnosi poziom stresu nawet wtedy, gdy obiektywnie nam nic nie zagraża. A jeśli ten stan trwa zbyt długo, ciało zaczyna traktować go jak normę.
To właśnie dlatego wielu z nas zasypia zmęczonymi, a budzi się niewsypanymi. Żyjemy w ciągłym napięciu, możemy nawet kłaść się spać z poczuciem, że może mnie coś ominąć przez te kilka godzin, gdy będziemy nieosiągalni. Gdy tylko się budzimy, to sięgamy po telefon, bo na pewno coś tam na nas czeka. Może ktoś coś od nas chciał w nocy, może jakaś wiadomość na nas czeka. Po pewnym czasie my już nie potrafimy funkcjonować inaczej. Mózg, mimo, że potrzebuje odpoczynku, to inaczej funkcjonować już nie potrafi.
Człowiek działa zdrowo wtedy, gdy ma granice
Potrzeba stawiania granic, to żaden wymysł, to zasada życia. Wszystko, co istnieje, ma swoje tempo i własną przestrzeń. Rośliny, które mają za mało miejsca, zaczynają karłowacieć. Człowiek pozbawiony przestrzeni gaśnie, zaczyna skupiać się na oczekiwaniach innych, a nie własnych potrzebach.
Kultura ciągłej dostępności wprowadza w nasze życie chaos. Zatarta zostaje granica pomiędzy tym, co prywatne, a tym co publiczne. W pewnym momencie zaczyna być trudno rozróżnić kiedy mam być tylko dla siebie, a kiedy mam być dostępnym dla wszystkich w koło. Prawdziwe relacje wymagają spotkań i dystansu. Trzeba mieć czas na rozmowę, ale także znajdować czas na ciszę. Nawet dla najlepszej relacji czas dystansu jest konieczny. Tym bardziej potrzebujemy granic dostępności, by skupić się na sobie. Inaczej zmęczenie i ciągłe napięcie zaczyna przeobrażać się w irytację, a nawet agresję. Granice nie ograniczają relacji – one je chronią.
Odpoczynek nie jest luksusem, ale częścią normalnego funkcjonowania
Jesteśmy już tak wychowani, że odpoczynek traktuje się jako coś złego, albo, w najlepszym wypadku, nagrodę za duży wysiłek. Tylko, że człowiek nie funkcjonuje jak maszyna, którą się podłącza do ładowarki dopiero, gdy bateria się już wyczerpuje. Potrzebujemy krótkich, regularnych momentów na regenerację. Potrzebujemy dni, w których nic nie planujemy, potrzebujemy godzin, których jesteśmy tylko dla siebie, niedostępni dla innych.
Bez odpoczynku tracimy równowagę. Człowiek zaczyna działać na rezerwie, a wtedy nawet drobne zadania robią się ciężkie. W takim stanie trudno usłyszeć własne pragnienia. Gubimy siebie, bo jesteśmy skupieni wyłącznie na tym, żeby nadążyć. A jeśli życie sprowadza się tylko do nadążania, to w końcu przestaje mieć smak.
Ciągłe przerwy niszczą zdolność do skupienia
Skupienie to coś, co robi się coraz rzadsze. Wielu ludzi zauważa, że nie potrafią przeczytać dłuższego tekstu albo naprawdę wejść w modlitwę. To nie lenistwo. To skutek życia z urządzeniem, które co chwilę nas przywołuje, to także efekt szybkich strzałów dopaminowych, które nam daje przeglądanie rolek, albo bardzo krótkich filmików. Mózg skupia się kilka sekund, zaczyna się nudzić i szuka kolejnego bodźca. A na dodatek wiele aplikacji jest zaprojektowanych tak, żebyśmy nie wracali do skupienia, tylko do ekranu.
Mózg jest jak ktoś, kto zaczyna rozmowę, ale co chwilę ktoś mu ją przerywa. Po pewnym czasie człowiek nie potrafi dokończyć myśli, bo nie jest do tego przyzwyczajony. Zaczyna żyć na powierzchni. A powierzchnia nie wystarczy, jeśli chcemy się rozwijać, jeśli chcemy pracować twórczo, jeśli chcemy spotkać drugiego człowieka naprawdę.
Najbardziej widać to w modlitwie. Bóg mówi w ciszy. Mówi do wnętrza. Nie przebija się krzykiem. Jeśli człowiek jest rozproszony, trudno mu zauważyć, że Bóg już dawno próbował rozpocząć rozmowę.
Wolność zaczyna się w chwili, w której potrafimy powiedzieć „teraz nie”
Najbardziej wyzwalające jest odkrycie, że nic strasznego się nie stanie, jeśli nie odpowiemy od razu. Świat naprawdę wytrzyma kilka godzin bez naszego komentarza. Ludzie poradzą sobie, jeśli wieczorem nie odbierzemy wiadomości. Odpowiedzialność to jedno. Ciągły przymus to coś zupełnie innego.
Kiedy człowiek zaczyna świadomie ustawiać granice, wraca poczucie oddechu. Powiadomienia można wyłączyć. Telefon można zostawić w drugim pokoju. Można wyznaczyć sobie godziny, w których nie odpowiada się na służbowe sprawy. Wbrew pozorom nie jest to egoizm. To zwyczajna higiena życia.
Wolność nie polega na tym, że robimy wszystko, co chcemy. Polega na tym, że potrafimy decydować, komu i czemu dajemy uwagę. Jeśli ona jest rozproszona, nie ma w nas miejsca na nic głębszego. Jeśli jest skupiona, wraca wewnętrzna siła.
Ciągła dostępność obiecuje wygodę, ale często przynosi niepokój. Z zewnątrz wygląda, jakbyśmy byli bardzo połączeni ze światem, a w środku czujemy, że coraz mniej jesteśmy połączeni ze sobą. Człowiek nie jest stworzony do życia w trybie nieustannej gotowości. Jest stworzony do rytmu. Do odpoczynku. Do chwili milczenia, w której odzyskuje równowagę.
Jeśli pozwolimy sobie na normalne tempo życia, nie tylko nie stracimy kontaktu ze światem. Zyskamy to, co ważniejsze – obecność, która jest prawdziwa. A z takiej obecności rodzi się pokój, którego nie daje żadna aplikacja ani żadne powiadomienie.