Opinie

Tytuł Współodkupicielki – co naprawdę oznacza decyzja Dykasterii Nauki Wiary?

Nota „Mater Populi fidelis” z 4 listopada wywołała gorącą dyskusję wokół maryjnego tytułu „Współodkupicielki”. Dykasteria Nauki Wiary uznała jego użycie za teologicznie niewłaściwe, podkreślając jedyność Chrystusa jako Odkupiciela. Dlaczego ten termin budzi tyle emocji i jak zmienia się język wiary w Kościele?

O co ta kłótnia?

4 listopada światło dzienne ujrzała nota Mater Populi fidelis wydana przez Dykasterię Nauki Wiary, a dotycząca zasadności niektórych tytułów, które używane są do opisania roli Maryi w dziele zbawczym. Jednym z owych określeń, na które omawiana nota zwróciła uwagę jest tytuł „Współodkupicielki”. Streszczając sprawę: Dykasteria stwierdziła, iż „używanie tytułu Współodkupicielki dla określenia współpracy Maryi jest zawsze niewłaściwe” (nr 22). Chwilę potem odezwały się – niezawodne w takich sytuacjach – armie komentatorów i reprezentanci świętego oburzu wywodzący się z tak zwanych środowisk tradycjonalistycznych. Użyłem frazy „tak zwanych” celowo, ale nie w zamiarze obrażania kogokolwiek. „Tradycjonalista” jest bowiem pojęciem dryfującym. Zresztą tak jak właśnie „Współodkupicielka”. I to spróbujmy wyjaśnić.

Co kryje tytuł „Współodkupicielki”?

Najpierw jednak kilka słów na temat historii sporu o rzeczony tytuł maryjny. Najczęściej możemy spotkać się z nim w Modlitwie Rzymskiej, czyli modlitwie, która rozpoczyna nowennę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ta forma pobożności ludowej rozpowszechniona jest w całym Kościele, w tym także w naszej ojczyźnie, gdzie praktycznie w każdej świątyni znajduje się charakterystyczna ikona Bogurodzicy z Dzieciątkiem oraz dwoma aniołami trzymającymi narzędzia Męki Pańskiej, a w każdą środę odmawiana jest owa modlitwa, w której padają następujące słowa:

Ciebie więc, O Matko Nieustającej Pomocy, przez bolesną mękę i śmierć Twego Boskiego Syna, przez niewypowiedziane cierpienia Twego Serca, o Współodkupicielko, zaklinam najgoręcej, abyś uprosiła mi u Twego Syna tę łaskę, której tak bardzo pragnę i tak bardzo potrzebuję.

Sam tytuł był jednak od wielu lat dyskusyjny. Posługiwano się nim – czynili to nawet papieże – a jednocześnie zastanawiano, czy owo wyrażenie nie będzie skłaniać wiernych do niewłaściwego rozumienia roli Maryi w dziele zbawienia ludzkości. Nowy Testament nie pozostawia żadnych wątpliwości: Odkupiciel jest jeden, Ten, który jest jednej natury z Ojcem i Duchem, ale stał się też uczestnikiem naszej ludzkiej natury. Św. Piotr stwierdza krótko: „Nie ma w innym zbawienia” (Dz 4, 12), a św. Paweł poucza Tymoteusza: „Jeden jest pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus, który wydał samego siebie na okup za wszystkich” (1 Tm 2, 5-6). Dlatego kard. Joseph Ratzinger, podówczas prefekt Kongregacji Nauki Wiary kilkukrotnie stwierdzał, że określenie „Współodkupicielka” jest mocno niebiblijne i, choć za jego używaniem stoją częstokroć dobre intencje, może zaciemnić ono prawdę. Jaka to prawda? Streszczając to, w jaki sposób używali tego terminu XX-wieczni papieże, możemy powiedzieć, że „Współodkupicielka” to ta, która zrodziła Chrystusa, a tym samym umożliwiła dokonanie przez Niego odkupienia. Stojąc pod krzyżem łączyła swoje cierpienia ze zbawczym cierpieniem Syna, stając się przez to wzorem postawy, którą Apostoł Narodów wyjaśni następująco: „w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24). Zauważmy zresztą, co oznacza rzeczony tytuł maryjny we wzmiankowanej Modlitwie Rzymskiej. Modlący przywołuje najpierw cierpienia „Boskiego Syna”, a dopiero potem cierpienia samej Maryi. Źródłem łaski jest wszelako sam Chrystus, a Matka jest jedynie tą, która przedstawia Mu nasze prośby. Tyle że w wyrażeniu „Współodkupicielka” te teologiczne tony nie wybrzmiewają same z siebie. Są interpretacją mającą na celu zharmonizowanie terminu z całością wiary.

Zdarzało mi się wszelako słyszeć o Współodkupicielce zupełnie inne rzeczy. Przedstawia się Maryję jako tę, która przez boczną furtkę do nieba przyjmuje nawet tych, których święty Piotr odprawił z kwitkiem. Sławi się Tę, która jest w stanie załatwić ci rzeczy, których nie uzyskałbyś przedkładając swoje prośby do Chrystusa. Gdy „Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze” – śpiewamy w parafrazie prastarej antyfony Salve Regina. Nieprecyzyjnej parafrazie, dodajmy; w dostojnej łacinie Maryja nie prześcignie Boga w zawodach, kto jest bardziej miłosierny. Te i wiele innych przykładów utwierdza mnie w przekonaniu, że decyzja podjęta przez Dykasterię jest słuszna. Termin „Współodkupicielka”, potraktowany najdosłowniej, sugeruje równy status Jezusa i Maryi. A gdy jakieś wyrażenie wymaga nieustannych, żmudnych wyrażeń, nie nadaje się do wyrażenia wiary.

Słowa dryfujące

Teraz mogę wyjaśnić, co miałem na myśli, gdy napisałem, że „Współodkupicielka” jest pojęciem „dryfującym”? Otóż wstęp do owej noty Dykasterii zawiera interesującą wzmiankę o bardziej ogólnym charakterze: „Tytuły te, z których niektóre występowały już u Ojców Kościoła, nie zawsze są używane precyzyjnie; czasami zmienia się ich znaczenie lub są one błędnie interpretowane” (nr 2). Nazwałem tę wzmiankę interesującą, gdyż pokazuje ona, że autorzy dokumentu dobrze zdają sobie sprawę z właściwości tworzywa, którym posługują się w swojej pracy na rzecz wyjaśniania i obrony treści wiary. Tworzywem tym są słowa, a szerzej mówiąc język. Wiedzą oni dobrze, że język nie istnieje raz na zawsze w określonej postaci, lecz podlega nieustannym zmianom.

Weźmy dla przykładu polskie słowo „sklep”. Dzisiaj to miejsce handlu, lecz przed wiekami znaczyło ono tyle, co „piwnica”. Pozostałością tego jest słowo „sklepienie”. „Wulgarny” zgodnie ze swym łacińskim źródłosłowem (vulgus) oznaczało coś popularnego, ludowego, nie zaś niestosownego. Przez wieki „wirtualny” oznaczało coś, co jest w jakiejś dyspozycji, co może zaistnieć, aczkolwiek nie istnieje realnie; teraz kojarzy się z komputerami i kreowanymi przez nie sztucznymi światami. To samo tyczy się słów, które mogą posłużyć do wyrażenia wiary. Wiele wyrażeń spośród zawartych w Piśmie świętym nie funkcjonuje w dzisiejszym języku religijnym, bo brakuje kontekstu, który by je precyzował. Św. Paweł nazywa Jezusa hilasterion, co można przetłumaczyć jako „przebłagalnia” czy – jak robi to Biblia Tysiąclecia – „narzędzie przebłagalnia” (Rz 3, 25). Paweł pisał do ludzi, którzy wiedzieli, jakie znaczenie w kulcie świątynnym miała przykrywa Arki Przymierza określana tym właśnie słowem. My już nie. Niektóre zaś słowa nieobecne w Piśmie, i do tego obciążone bagażem historycznych konotacji, z czasem stały się słowami-kluczami. Tak było z wyrażeniem „współistotny” (gr. homoousios), które wypowiadamy w niedzielnym Credo. 1700 lat temu zgromadzeni na Soborze Nicejskim biskupi doszli do wniosku, że nadaje się ono na wyrażenie relacji jaką Bóg Syn ma ze swoim Ojcem. W takim znaczeniu używamy go przez ten cały czas. Gdybyśmy się jednak cofnęli do II w. n.e., zauważylibyśmy, że jest ono używane jedynie przez heretyków, a prawowierni chrześcijanie słysząc to wyrażenie marszczą brwi.

Kto decyduje, że dane słowo będzie miało ten albo inny odcień znaczeniowy? My sami. Słowa nabierają znaczenia w użyciu, a tracą, gdy są odstawiane w kąt. Nieustannie mielone w młynach naszych umysłów i wypowiadane w rozmaitych sytuacjach mogą zmienić znaczenie w miarę zmieniania się kontekstu. To właśnie ma na myśli dokument Mater Populi fidelis. Brak precyzji, zmiana znaczeń, nietrafiona interpretacja sprawiają, że słowo wyciera się i przestaje być przydatne do wyrażenia katolickiej wiary. Zaczyna dryfować. Takim dryfującym słowem jest również „tradycjonalista”. Dosłownie to ktoś ceniący sobie tradycję, człowiek zakorzeniony w przeszłości, wiedzący skąd przyszedł. Dziś często oznacza tego, kto w imię jednych aspektów odrzuca inne. Sam cenię sobie tradycję, lecz kręcę głową słysząc wypowiedzi, z których wynikałoby, że obowiązkiem wierzących jest odrzucić i potępić wypowiedzi takie, jak nota Dykasterii, innymi słowy: skoro jestem katolikiem to odrzucam to, co mówi Rzym. Za sprzecznymi słowami kryje się czasem wewnętrzna sprzeczność umysłu.

Wnioski

Wnioski są dwa. Po pierwsze: Mater Populi Fidelis żadną miarą nie oznacza wyrzucenia kultu Matki Bożej. Jest Matką Odkupiciela, tą, przez która przyszło nam zbawienie. Nie byłbyś teraz chrześcijaninem, a ja nie pisałbym tych słów, gdyby nie Ona, gdyby nie jej zaangażowanie w dzieło Chrystusa.

Po drugie: zdajmy sobie sprawę, że język to nie kupa skamielin, ale żywa roślina, która nieustannie wypuszcza nowe pędy i traci stare. Język wiary nie jest zatem zbiorem czcigodnych formuł, lecz chlebem, który trzeba codziennie wypiekać, w nowe ciasto wkładając zaczyn ze starego. Św. Tomasz z Akwinu miał tego przeczucie, gdy pisał, że wyrażony słowami akt wiary nie zatrzymuje się jedynie na znaczeniu słów, lecz dociera do samej treści wiary. Trzeba nam tej treści nieustannie szukać w listowiu języka.

duszpasterz w Łodzi; opiekun Żywego Różańca, Kręgu Biblijnego
i Wspólnoty Uwielbienia "Adoratio"

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy