Memento mori, czyli kilka jesiennych refleksji o śmierci
Zbliżający się listopad to czas który, bardziej niż jakikolwiek inny moment roku, skłania do poświęcenia naszych myśli tematowi przemijania. Odwiedzamy cmentarze i ofiarujemy modlitwę naszym bliskim zmarłym, chociaż zazwyczaj jest to dla nas bardziej rytuał, niż rzeczywista refleksja nad rzeczami ostatecznymi. Niby zdajemy sobie sprawę, że śmierć ostatecznie nas nie ominie, ale na co dzień nie traktujemy jej perspektywy poważnie, zwłaszcza jeśli jesteśmy młodzi i zdrowi. Czy słusznie oddalamy od siebie myśl o nieuchronnym końcu naszego życia? I czy uświadomienie sobie własnego przemijania onieśmiela, czy raczej pozwala lepiej i pełniej żyć?
Zignorować śmierć
Śmierć jest naturalnym i zupełnie spodziewanym etapem życia. A jednak nie ma nic dziwnego w tym, że osoba dwudziesto- czy też trzydziestoletnia nie myśli o niej na co dzień. Perspektywa końca życia jest w końcu wciąż daleka, a nadmierne skupianie się na tym, że w każdej chwili może nas spotkać tragedia, może prowadzić do paranoi.
A jednak wydaje się, że w dzisiejszych czasach mówimy o śmierci wyjątkowo mało. Z jednej strony jest to wynikiem pozytywnych procesów. Rozwinięta medycyna i dobre warunki życia sprawiły, że ludzie żyją coraz dłużej, a choroby które jeszcze jakiś czas temu stanowiły wyrok, dziś są całkowicie uleczalne. Nie da się jednak ukryć, że śmierć wśród współczesnego społeczeństwa stanowi pewnego rodzaju tabu. Jeszcze kilka lat temu o wiele bardziej powszechne było na przykład zabieranie dzieci na pogrzeby zmarłych członków rodziny. Starzy ludzie umierali otoczeni przez bliskich we własnych domach, a ich ciała zostawały tam do momentu ostatniego pożegnania.
Dziś staramy się zapewnić naszym dzieciom beztroskie dzieciństwo trwające jak najdłużej. Starzy ludzie umierają w szpitalach, co z jednej strony oznacza, że współczesna medycyna stara się robić wszystko, aby pomóc człowiekowi do samego końca. Z drugiej jednak być może do tego stopnia chcemy odsunąć od siebie myśl od śmierci, że wolimy posunąć się do uporczywych terapii, zamiast pozwolić bliskiej nam osobie odejść w spokoju, w otoczeniu bliskich i w znanym sobie otoczeniu. Może po prostu nie chcemy czuć wokół siebie aury agonii i jest nam na rękę, że bliska nam osoba umrze samotnie, w sterylnych warunkach szpitalnych, w otoczeniu personelu medycznego?
Jaki jest efekt tego rugowania z przestrzeni publicznej tematu śmierci? Oczywiście, rzadziej przypominamy sobie o przemijaniu, przez co nasze życie, i tak nie wolne od trosk, jest choć odrobinę łatwiejsze i przyjemniejsze. Z drugiej strony im bardziej odsuwamy myśl o rzeczach ostatecznych, tym bardziej przerażajace się one stają. I kiedy przychodzi nam się z nimi zmierzyć, a to jest nie do uniknięcia, nie potrafimy sobie z nimi poradzić.
Czy jest czego się bać?
Czy jednak mówienie o strachu przed śmiercią ma w ogóle sens na katolickim portalu? W końcu, osoba wierząca w życie wieczne powinna być zawsze gotowania na odejście z tego świata. Jeśli żyjemy w łasce uświęcającej, przynajmniej teoretycznie, nigdy nie powinniśmy bać się tego momentu. Wręcz przeciwnie – śmierć oznaczałaby natychmiastowe spotkanie z Bogiem, a dla osoby wierzącej nie ma nic wspanialszego. A jednak, większośc z nas odczuwa strach przed śmiercią. Czy to dlatego, że z naszą wiarą jest coś nie tak? A może ten niepokój związany z kwestiami ostatecznymi to coś tak naturalnego dla człowieka, że nie sposób go uniknąć?
Śmierć przeraża tym bardziej, o ile jest nam bliska. W teorii może być ona na swój sposób intrygująca, może też stanowić fascynujący temat filozoficznych rozważań. Brak strachu przed nią dla niektórych jest powodem do chluby: “Ja to mógłbym umrzeć już teraz, jestem w stu procentach gotowy”. Ale w praktyce śmierć jest ciekawa tylko wtedy, kiedy jest daleko od nas, kiedy jesteśmy młodzi, zdrowi i nikt z naszych bliskich nie jest u kresu swojego życia. Zaczyna przerażać tym bardziej, im bardziej staje się bliska i namacalna – kiedy spotka nas nieoczekiwana choroba, albo po prostu kiedy czegoś bardzo się boimy. Któż z nas nie podsumowywał swojego życia i nie dokonywał natychmiastowego postanowienia poprawy, siedząc przed gabinetem lekarskich i czekając na wyniki trudnego badania, albo kiedy w samolocie zaczynało za bardzo trząść.
Nie jest oczywiście dobrze, kiedy brak strachu przed śmiercią wynika ze zniechęcenia życiem. Osoba, którą przerastają codzienne problemy, może mieć tendencje do myślenia, że byłoby lepiej, gdyby jej życie się zakończyło. W praktyce oznacza to rozwijającą się depresję, albo inne poważne problemy psychiczne. Taka osoba potrzebuje pomocy psychologicznej. Brak strachu przed śmiercią jest dobry i budujący tylko wtedy, kiedy wynika z pogodzenia z losem i zaufania do Boga, a nie wówczas kiedy nie widzimy żadnych jasnych punktów naszej egzystencji.
Memento mori
Śmierć może nadejść każdego dnia. Nie jest to tylko oklepany frazes. Media społecznościowe sprawiają, że każdego dnia jesteśmy w stanie zetknąć się z tragediami dziesiątek osób – także tych otwarcie mówiących o tragediach, które ich spotkały. Młoda dziewczyna została wdową po kilku miesiącach od ślubu. Trzydziestoparoletnia matka dowiedziała się o poważnej chorobie, chociaż regularnie się badała. Inna straciła dziecko chore od urodzenia. Ludzkie dramaty można znaleźć wszędzie, chociaż nie widać ich na pierwszy rzut oka. Zetknięcie ze śmiercią, nawet jeśli dotyczy ona innych ludzi, pozwala nam docenić nasze życie i jeszcze bardziej ucieszyć się z tego, że obok nas jest ukochana osoba. Nawet jeśli nasza codzienność nam wydaje się czasami trudna i frustrująca, warto uświadomić sobie, że być może byłaby ona spełnieniem marzeń kogoś, kto podobne do naszego życie bezpowrotnie utracił.
Wydaje się też, że najbardziej bulwersuje nas śmierć młodego człowieka. Łatwiej zaakceptować śmierć 90-letniej babci, która ma za sobą dużo wspaniałych wspomnień i która żyć będzie w pamięci swoich dzieci i wnuków. Smuci nas natomiast odejście studenta, młodej matki, trzydziestopięciolatka. Kiedy słyszymy o śmierci pięćdziesięciolatka, który umarł na raka płuc, możemy o jego los obwinić zły styl życia. Kiedy jednak umiera nasz rówieśnik, uświadamiamy sobie kruchość naszego życia i niepewność naszej przyszłości.
Nagłe odejście człowieka w kwiecie wieku wydaje się nam niesprawiedliwe również dlatego, że ten “nie zdążył się jeszcze nażyć”. Zupełnie jakbyśmy mieli przekonanie, że człowiek powinien w życiu zgromadzić pewien zakres doświadczeń. Tymczasem skoro uznajemy, że nasza ziemska wędrówka jest dopiero przedsionkiem prawdziwego życia, nie ma znaczenia ile trwa, ale to, jakimi ludźmi w tym życiu jesteśmy. To współczesny świat przekonuje nas, że celem istnienia jest kolekcjonowanie doświadczeń. W praktyce jednak życie współczesnego podróżnika jest tyle samo warte, co starej kobiety z XIX wieku, która nigdy nie opuściła swojej wsi. Istotna nie jest ilość doświadczeń, ale ich jakość oraz nasz stosunek do rzeczywistości.
Problemem wielu osób jest to, że tracą całe lata, unikając realizacji swojej życiowej misji. Czas przecieka im przed palcami, tkwią w pracach, których nie lubią, robiąc wszystko, by spełnić oczekiwania innych. Nie ma się co dziwić, że po kilkudziesięciu latach takiej męki mają poczucie, że życie przeleciało im między palcami, a śmierć nadchodzi nieoczekiwanie i za szybko. Najlepszym lekarstwem na strach przed śmiercią wydaje się więc być pełne i dobre życie. Takie, w którym nie ignorujemy naszego powołania, tylko sumiennie je realizujemy, podejmując odważne decyzje i nie uciekając od obowiązków.