Opinie

Wierzyć, ale się nie wychylać?

„Im więcej mówiłem o wierze, tym mniej dostawałem propozycji ról” – powiedział niedawno aktor Marcin Kwaśny w jednym z wywiadów. Dodał to bez żalu, ale z wyczuwalną szczerością. Od kiedy przeszedł nawrócenie i zaczął dzielić się tym doświadczeniem – w rozmowach prywatnych i publicznych – jego telefon dzwoni coraz rzadziej. Ciekawa to obserwacja. Nie dlatego, że zaskakuje. Właśnie dlatego, że… nikogo już nie dziwi.

Bóg? I po co zaczynasz?

Żyjemy w czasach, w których można mówić niemal o wszystkim. Można publicznie opowiadać o traumach, orientacji, operacjach plastycznych czy leczeniu psychiatrycznym. Można żartować z rzeczy świętych, można relatywizować wszystko, co dla innych jest sprawą fundamentalną. Ale gdy ktoś – w zwykłej, spokojnej rozmowie – wspomni o Bogu albo o swoim doświadczeniu Jego obecności, zapada niezręczna cisza.

Dlaczego tak się dzieje? Chyba dlatego, że temat relacji z Bogiem – jakkolwiek wygląda ona u naszego rozmówcy – zawsze sięga głębiej niż chcemy się przyznać. Dotyka serca. Wnika w osobistą historię. A ta bywa trudna: pełna bólu, żalu, wyparcia, dawnych zranień. Być może ktoś ma za sobą porzucenie modlitwy czy też odejście od wiary. To są sprawy, do których nie każdy chce wracać – nawet w myślach. A już na pewno nie w rozmowie przy kawie.

Warto więc na to zjawisko spojrzeć głębiej. Nie każda cisza na nasze przyznanie się do Boga oznacza wrogość – czasem to ból albo niedokończony proces.

Marcin Kwaśny nie jest jedyny

Przypadek Marcina Kwaśnego nie jest wyjątkowy. Historia zna tysiące podobnych – wystarczy spojrzeć na żywoty świętych i błogosławionych, zwłaszcza męczenników: św. Piotra i Pawła, św. Agnieszkę, o. Maksymiliana Kolbe, ks. Jerzego Popiełuszkę czy abp. Oscara Romero.

Prześladowanie za wiarę to jedna z najstarszych i najbardziej dramatycznych dróg do świętości. Ale każdy wiek miał swój własny kontekst wrogości wobec wierzących. A jak jest teraz? Dane nie kłamią.

W 2023 r. Uniwersyteckie Centrum Badań Wolności Religijnej UKSW opublikowało raport: „Analiza uwarunkowań postaw antykatolickich i przyzwolenia na nie w Polsce”. Jakie były wyniki? Niepokojące. Tutaj przedstawiam tylko wyrywkowe „smaczki”. 24% badanych doświadczyło wrogości po ujawnieniu swojej wiary. 20% spotkało się z wykluczeniem społecznym, 43% – z lekceważeniem. 22% czuło obawę przed ujawnieniem wyznawanej wiary. Przynależność do Kościoła ukrywa 32% katolików. A aż 45% przebadanych nie czuje swobody w wyrażaniu wiary. To nie są opowieści z krajów, gdzie chrześcijanie żyją w podziemiu. To dane z Polski.

Wiara tylko po cichu?

Ile podobnych historii dzieje się na naszych oczach? Nauczycielka, która przestaje być zapraszana na szkolne spotkania, bo „za dużo mówi o Bogu”. Ojciec trójki dzieci, który woli nie wrzucać na Facebooka nic o rekolekcjach, żeby nie usłyszeć: „Widzę, że cię poniosło”. Studentka, która kasuje wers z Pisma Świętego ze swojego bio na Instagramie, bo „to już trochę obciach”.

Czytaj także: Miłujcie więc przybysza, bo sami byliście przybyszami

To nie jest prześladowanie w klasycznym sensie. To coś bardziej subtelnego: stopniowe wyciszanie, zmiana tematu, przewracanie oczami. Wiara jest dziś „w porządku” – pod warunkiem, że schowasz ją do szuflady.

Chodzi o prawdę

Nie chcemy być nazwani „katolami”, „dewotkami”, „nawiedzonymi”. Taki obraz wciąż żyje – w mediach, żartach, spojrzeniach znajomych. Ale przecież można wierzyć i być normalnym. Ba – można wierzyć i myśleć. Można wierzyć, nie wciskając nikomu tej wiary na siłę. Ale… czy można wierzyć i się nie wstydzić?

To chyba najtrudniejsze. Nie samo wierzenie – tylko przyznanie się do wiary w zwykłej rozmowie. Bez patosu. Po prostu: „Tak, Bóg jest dla mnie ważny.” Tylko tyle – i aż tyle.

Świadectwo – nie manifestacja

Zdarza się i mnie – choć jestem księdzem – że łapię się na oporze. W restauracji waham się, czy się przeżegnać. W aucie, przed jazdą, zastanawiam się, czy zrobić znak krzyża, kiedy wiem, że obok siedzi ktoś sceptyczny wobec Kościoła. Nie dlatego, że się boję. Raczej dlatego, że nie chcę być odebrany jako nachalny. Ale ten cichy wewnętrzny „bezpiecznik” – to właśnie objaw lęku, że temat Boga może „zepsuć atmosferę”.

Może właśnie wtedy warto go poruszyć – nie jako prowokację, ale jako prawdę o sobie. Nie po to, żeby przekonywać. Po to, żeby samemu przed sobą być spójnym.

Chwalimy się wszystkim – oprócz tego, co najważniejsze?

Mówimy otwarcie o nowej diecie, o tym, że zaczęliśmy ćwiczyć, o nowym telefonie, samochodzie, pracy czy wolontariacie. I dobrze – dzielenie się tym, co dla nas ważne, to coś naturalnego. Dlaczego więc akurat wiara miałaby być czymś, czego nie wypada pokazywać?

Nie chodzi o to, by urządzać kazania w pracy, czy moralizować na imprezie. Chodzi o prostą gotowość powiedzenia: „Tak, jestem wierzący. I nie zamierzam tego ukrywać.” Bez agresji. Bez krzyku. Ale z godnością.

Bo może warto przestać się bać, że mówiąc o Bogu – coś stracimy. I zacząć się bać, że milcząc – tracimy więcej.

Powołanie

Brat mniejszy - bernardyn. Ekonom, rzecznik prasowy Prowincji, dyrektor Wydawnictwa Calvarianum.

Moje artykuły »

Newsletter

Raz w miesiącu: email z nowym numerem Siejmy