Franciszek żyje – czy aby na pewno?
Do Asyżu nie przyjechałem przypadkiem. Wizyta była zaplanowana i wpisana w rytm obowiązków – towarzyszyła wizytacji ekonomicznej naszych włoskich klasztorów. A jednak, jak to często bywa w życiu duchowym, to, co zaplanowane, okazało się przestrzenią spotkania, które wymyka się planom.
W dniach 22 lutego – 22 marca, w dolnej bazylice św. Franciszka w Asyżu, wystawiono publicznie doczesne szczątki św. Franciszka z Asyżu – po raz pierwszy od ośmiuset lat, z okazji rocznicy jego śmierci. Hasło tego wyjątkowego wydarzenia brzmiało dosadnie: San Francesco Vive – Święty Franciszek żyje.
Bliskość, której się nie zapomina
Mi było dane złożyć tę wizytę w jednym z ostatnich dni przed zakończeniem wydarzenia. Podróż do Asyżu rozpoczęła się od wczesnych godzin porannych, aby zdążyć na wyznaczoną godzinę podaną przy rejestracji. Okazało się jednak, że Pan dał nam inną drogę…
Dzięki życzliwości współbrata, który zagadnął kustosza Sacro Convento, mogłem wejść tylnym wejściem do dolnej bazyliki. Miałem okazję dwukrotnie podejść do relikwii, zatrzymując się na dłuższą modlitwę. Bez pośpiechu, bez presji tłumu, z czasem, który nie był „przydzielony”, lecz dany.
To doświadczenie bliskości było poruszające. Klęczałem bardzo blisko tego, co pozostało po człowieku, który tak radykalnie potraktował Ewangelię. Kruche kości, przyciemnione i nadwyrężone czasem – ich stan nie jest najlepszy, a samo wystawienie zapewne przyczyniło się do dalszego pogorszenia ich kondycji. Światło, ruch i obecność tysięcy ludzi odcisnęły na nich swoje piętno.
I właśnie to uderzało najmocniej: Franciszek, który ogołocił się ze wszystkiego, również po śmierci stanął ogołocony przed tłumem ludzi. Stracił wszystko, a ludzie z najdalszych stron świata przyjeżdżają, aby go zobaczyć.
Audiencja marnego naśladowcy
Stałem tam jako brat mniejszy – i nie miałem złudzeń co do własnej kondycji duchowej. Określiłbym to spotkanie jako krótką audiencję marnego naśladowcy u samego Zakonodawcy. W ciszy zadawałem sobie pytania, których nie da się zagłuszyć pobożnymi formułami:
Czy naprawdę żyję Ewangelią, czy tylko ją „obsługuję”? Czy moja codzienność jest jeszcze ewangeliczna, czy już tylko poprawna? Czy Franciszek by mnie przyjął – czy raczej odesłał, żebym najpierw coś uporządkował?
Nie oczekiwałem odpowiedzi w słowach. Ale milczenie było wystarczająco wymowne.
Prosiłem o jedno: o siłę do bardziej skutecznego nawracania się. Zawierzyłem mu osoby, które prosiły mnie o modlitwę, oraz dzieła, przy których dane mi jest pracować. Modlitwie towarzyszyło poczucie, że naśladowanie Franciszka zaczyna się tam, gdzie kończy się usprawiedliwianie siebie.
Miasto oblężone
Przez miesiąc relikwie nawiedziło ponad 370 tysięcy pielgrzymów. Asyż był dosłownie oblegany. Bywałem w tym mieście kilkakrotnie, także w szczycie sezonu turystycznego – nigdy wcześniej nie widziałem tylu ludzi na jego ulicach.
Uderzające było też to, że przy relikwiach nie wolno było robić zdjęć. Ci, którzy próbowali, byli upominani. Owszem, byli i tacy, którzy robili fotografie ukradkiem i publikowali je w mediach społecznościowych. Ja jednak odkryłem, że brak możliwości „uwiecznienia” tej chwili był darem. Nie trzeba było skupiać się na obrazie zapisanym w smartfonie. Można było skupić się na tym, co działo się wewnątrz, na aktualizacji swojego duchowego oprogramowania.
Są chwile, których nie powinno się zatrzymywać w kadrze. One mają zatrzymać nas.
Rozsypujące się kości… i życie
Hasło San Francesco Vive nie jest pobożnym życzeniem czy sloganem. Patrząc na kruche kości, łatwo pomyśleć, że wszystko się kończy i ulega rozpadowi. A jednak Franciszek żyje – albo nie żyje wcale, jeśli nie żyje w nas.
On nie żyje w naszym zachwycie nad relikwiami. Nie w nostalgii za średniowiecznym ideałem. On żyje w radości Ewangelii, która objawia się w prostocie. W przesłaniu pokoju, które nie odpowiada przemocą. W umiejętności dostrzeżenia człowieka w człowieku.
Franciszek nie należy do przeszłości – bo gdyby tak było, nie fascynowałby od ośmiuset lat kolejnych pokoleń ludzi, a sam Asyż dawno opustoszałby. On nie jest „do oglądania”. On jest do naśladowania – i to właśnie czyni go tak wymagającym.
Czy on żyje we mnie?
Wychodząc z bazyliki, miałem w sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Nie przechwyciłem od niego aureoli niczym pałeczki w sztafecie. Jedno było dla mnie jasne: jeśli Franciszek ma dziś żyć, to tylko w tych, którzy pozwolą Ewangelii na nowo ich rozbroić.
Kruche kości nie są problemem. Problemem byłoby, gdybyśmy wyszli stamtąd poruszeni… i niczego nie zmienili.
Po nas także pozostaną wyschnięte kości. Pytanie brzmi: czy dodamy coś więcej do wieczności z naszego obecnego życia?
Bo Franciszek żyje. Pytanie tylko, czy jeszcze w nas.
fot. sanfrancescovive.org